Jak w tytule: mam nowego bloga. To nie znaczy, że nie będę pisać już tego, ale będę pisać dwie powieści na raz. Opublikowałam już 1 rozdział. Macie linka: http://kroniki-vellenur.blogspot.com/ .
Liczę na to, że zerkniecie ;)
Bai
Nina
poniedziałek, 11 lutego 2013
piątek, 8 lutego 2013
Rozdział 9- Podróże małe i duże
Hejou!
Krótkie, ale jest!
Annabeth
Pędziła
na Aionie. Miała chwilę, by odetchnąć i pomyśleć.
"Czemu
jednak się nie cofnęłam? Miałam szansę. I nie wróciłam. A teraz ten zabójca
biega po świecie i pewnie zabija teraz następne magiczne wilki, jeśli w ogóle takie
istnieją. I ten cały Aklymos. Co mu odbiło i czemu uprowadził moich rodziców z
ich własnego domu?"
Władca
koni biegł tak delikatnie, że jego kołysanie sprawiło, że dziewczyna zasnęła.
Śnił
jej się Jason. Leżał na plaży, osłonięty od słońca i wiatru wielkimi skrzydłami
Huragana. Rysował palcem po piasku, a raczej pisał, tak:
"Annabeth, jeżeli to czytasz, a
wątpię, bo to tylko mój sen, to wiedz, że to wszystko, ta sytuacja to nie tak
jak myślisz. Hybroimfy... One mnie zwiodły. Są prawie tak silne jak syreny,
tyle że nie żywią się ludźmi. One tylko wykorzystują nas do robienia za nie
różnych okropnych rzeczy. Tym razem ofiarą musiał być Amon. Jest mi
przeraźliwie przykro. Wierz mi lub nie, ale Amon był całkiem spoko. Nieważne.
Żegnaj, Ann.
PS Pozdrowienia od Huragana (prawie
cię nie znał, a tak strasznie cię polubił czy coś, że nie daje
mi
spokoju)."
-Och,
Jason. "To miłe- odpisała obok.-Ale zrobiłeś mi za wielką krzywdę. A tak w
ogóle, to wiesz jak to możliwe, że zobaczyłam te twoje wypociny? Bo ja niezbyt.
PS Też pozdrów Huragana. Dzielny z
niego gryf, skoro nie uciekł od zabójcy magicznych stworzeń."
Z
objęć Morfeusza wyrwał ją krzyk wielkich ptaków. Popatrzyła w górę. Nad jej
głową latały przerośnięte, majestatyczne jastrzębie.
Jeden
z nich był zdecydowanie inny. Miał piękne, śnieżnobiałe skrzydła, które wręcz
lśniły w blasku słonecznych promieni.
Jego
przenikliwe, złote oczy zobaczyły ją. Drapieżnik obniżył lot, aż w końcu
szybował tuż przy niej.
"-Pani,
ja jestem królem jastrzębi. Zwą mnie Raieron. Pewnie Aion wszystko ci już
wytłumaczył- odezwał się.
-
Oczywiście, Raieronie. Żywię nadzieję, że ty również zawsze będziesz służył mi
pomocą- Annabeth mówiła tonem, który już dawno uznała za najgodniejszy do
rozmów z władcami.
"-
Naturalnie. Ja, jak i cały mój lud, zawsze się wspomożemy"- ptak wyrwał ze
swojego skrzydła jedno różniące się od innych pióro. -" Jak tylko będzie
coś się działo, wystarczy, że trzymając w ręku to pióro wypowiesz prośbę. Wtedy
natychmiast się zjawię i zrobię wszystko co w mojej mocy. A teraz wybacz mi,
ale muszę już odlecieć. Moi kompani oddalili się już za bardzo. Ech... Banda
pożytecznych idiotów. Więc żegnaj, pani!"
-Szerokiej...
Szerokiego powietrza!- zawołała za oddalającym się Raieronem.
Jason
Szybował
spokojnie na Huraganie. Patrząc na chmury myślał tylko o tym, że schrzanił
jedyne co mu w życiu pozostało. Rodzice wyjechali, nie licząc swojego gryfa nie
miał żadnego kumpla, a do tego tak boleśnie zranił idealną dziewczynę, którą
miał zaszczyt spotkać, że go znienawidziła i pozwolił jej odejść. Nie chciało
mu się żyć. Ale w przeciwieństwie do Annabeth, która ratowała tylko swoich
rodziców, on brał na swoje barki odpowiedzialność za całe królestwo
Ezreal.
I
jak? O Jasonie na razie mało. Bardzo mało xD
Rozdział 8- "Co ja zrobiłam"
Hejou! Miałam ferie i sorki, że nic o tym nie pisałam., ale przypomniało mi się dopiero w drodze z domu!
Annabeth
"-Co ja zrobiłam? Straciłam jedyną osobę, na której mi zależało..."- myślała.
Uspokoiła trochę rytm swoich kroków. Zaczęło padać. Bezszelestnie poruszała się po miękkim błocie. Drzewa rosły już coraz ciaśniej. Przypomniało jej się o misji.
-Nie będę ratowała królestwa, ale zostali jeszcze moi rodzice. Może powinnam jednak wrócić do Kaleodoru?- mówiła do siebie. - Żeby pomścić Amona.
Starała się odtworzyć drogę, którą wcześniej szła. Jednak wtedy była wściekła i nie zwracała uwagi na swoje kroki. błądziła tak, a las się zmieniał.
Liście roślin skrzyły się srebrnymi kroplami rosy. Drzewa wyglądały tak, jakby były okryte złotą pajęczyną. Droga była czystsza, schludniejsza.
Nagle usłyszała tętent kopyt. Zbliżało się stado dzikich koni. Nie wiedziała, co może ją czekać, więc zacisnęła rękę na wiszącym u jej boku mieczu.
Zza leśnej roślinności wyłoniły się piękne, dobrze zbudowane rumaki, krwi czysto-arabskiej. Na przód wyszedł jeszcze większy i najbardziej majestatyczny z nich. Był to czarny koń fryzyjski. Na jego grzywie widniało coś w rodzaju diademu, z wielkim zielonym kamieniem szlachetnym. Zatrzymał się tuż przed nią i ukłonił się. Reszta rumaków poszła za jego przykładem i również podkuliła nogę oraz schyliła głowę. Annabeth nie rozumiała co się dzieje. Jej ręka już czerwieniała od mocnego zaciskania jej na diamentowym ostrzu.
"Pani nie lękaj się."- powiedział ich przywódca.
Wzdrygnęła się. Była pewna, że słyszy tylko i wyłącznie głos Amona.
- Kimże jesteś, rumaku?- spytała.
"Jestem Aion. Własca koni i twój poddany."
- Mój poddany? A co to znaczy?
"Pani, nie jesteś zwykłą dziewczyną. Jesteś potężna, chociaż może o tym nie wiesz. Wszyscy przywódcy zwierząt są tak jakby twoimi pupilami. W takiej sytuacji, masz tysiące mocnych zwolenników. A ja, jestem jednym z nich."
-Och...Naprawdę?!- dziwiła się.- Królowie każdego gatunku są na moje zawołanie? Czyli nic mi nie zrobisz?
"Nie śmiałbym"-odpowiedział.
-Ale za to możesz mi pomóc, prawda?
"Z miłą chęcią."
-Hmm... Ale najpierw wstań- zwierzę posłusznie rozprostowało nogi.- Pięknie. Jest taka sprawa, że muszę się jak najszybciej dostać do Kaleodoru, ale...
"Nie znasz drogi? Chętnie pomogę. Ale czy mógłbym ci dłużej towarzyszyć?"
- To będzie dla mnie zaszczyt- dygnęła z gracją.
"Wspaniale! Tavharion"- brązowy arab wystąpił z szeregu.-"Teraz ty zajmiesz się stadem. Jakby coś się działo wezwij mnie"- Tavharion potulnie się skłonił i wycofał.- "Pani, wskakuj na mój grzbiet. Kierunek Kaleodor!"- zarżał.
Jason
Usiadł na pobliskim kamieniu. Patrzył w dal, tam, gdzie uciekła Annabeth. Wyjął z plecaka patyk z tamtego magicznego miejsca nad jeziorem.
"Możesz zrobić z tego wszystko"- mówiła Ann.
Nie wyjaśnił jej wszystkiego. Kim jest, co się stało. Huragan podszedł do niego.
-Tylko ty mi zostałeś- poklepał go po dziobie.
Gryf również spojrzał w dal, jakby kogoś szukał. Położył się i spuścił łeb.
-Hej, stary! Ty jej prawie nie znałeś!- Huragan żałośnie zaskrzeczał.- No błagam cię!
Stworzenie posłało mu spojrzenie typu "Nic nie rozumiesz".
-Chyba musimy ruszać. To, że połowa grupy się wyłamała, nie znaczy, że misja się nie powiodła. Nasza przygoda dopiero się zaczęła. Mam nadzieję, że mogę na tobie polecieć- gryf uniósł głowę, jak pies, który słyszy słowo "spacer".
Zerwał się na równe nogi i nagle wydał się bardzo szczęśliwy, jakby nic się nie stało. Pochylił się, zapraszając chłopaka na swój grzbiet. Jason wszedł na niego niepewnie. Nigdy\nie latał.
-Kierunek: Kaleodor. Cel: Uratować królestwo Ezreal- powiedział i wzbili się w powietrze.
Annabeth
"-Co ja zrobiłam? Straciłam jedyną osobę, na której mi zależało..."- myślała.
Uspokoiła trochę rytm swoich kroków. Zaczęło padać. Bezszelestnie poruszała się po miękkim błocie. Drzewa rosły już coraz ciaśniej. Przypomniało jej się o misji.
-Nie będę ratowała królestwa, ale zostali jeszcze moi rodzice. Może powinnam jednak wrócić do Kaleodoru?- mówiła do siebie. - Żeby pomścić Amona.
Starała się odtworzyć drogę, którą wcześniej szła. Jednak wtedy była wściekła i nie zwracała uwagi na swoje kroki. błądziła tak, a las się zmieniał.
Liście roślin skrzyły się srebrnymi kroplami rosy. Drzewa wyglądały tak, jakby były okryte złotą pajęczyną. Droga była czystsza, schludniejsza.
Nagle usłyszała tętent kopyt. Zbliżało się stado dzikich koni. Nie wiedziała, co może ją czekać, więc zacisnęła rękę na wiszącym u jej boku mieczu.
Zza leśnej roślinności wyłoniły się piękne, dobrze zbudowane rumaki, krwi czysto-arabskiej. Na przód wyszedł jeszcze większy i najbardziej majestatyczny z nich. Był to czarny koń fryzyjski. Na jego grzywie widniało coś w rodzaju diademu, z wielkim zielonym kamieniem szlachetnym. Zatrzymał się tuż przed nią i ukłonił się. Reszta rumaków poszła za jego przykładem i również podkuliła nogę oraz schyliła głowę. Annabeth nie rozumiała co się dzieje. Jej ręka już czerwieniała od mocnego zaciskania jej na diamentowym ostrzu.
"Pani nie lękaj się."- powiedział ich przywódca.
Wzdrygnęła się. Była pewna, że słyszy tylko i wyłącznie głos Amona.
- Kimże jesteś, rumaku?- spytała.
"Jestem Aion. Własca koni i twój poddany."
- Mój poddany? A co to znaczy?
"Pani, nie jesteś zwykłą dziewczyną. Jesteś potężna, chociaż może o tym nie wiesz. Wszyscy przywódcy zwierząt są tak jakby twoimi pupilami. W takiej sytuacji, masz tysiące mocnych zwolenników. A ja, jestem jednym z nich."
-Och...Naprawdę?!- dziwiła się.- Królowie każdego gatunku są na moje zawołanie? Czyli nic mi nie zrobisz?
"Nie śmiałbym"-odpowiedział.
-Ale za to możesz mi pomóc, prawda?
"Z miłą chęcią."
-Hmm... Ale najpierw wstań- zwierzę posłusznie rozprostowało nogi.- Pięknie. Jest taka sprawa, że muszę się jak najszybciej dostać do Kaleodoru, ale...
"Nie znasz drogi? Chętnie pomogę. Ale czy mógłbym ci dłużej towarzyszyć?"
- To będzie dla mnie zaszczyt- dygnęła z gracją.
"Wspaniale! Tavharion"- brązowy arab wystąpił z szeregu.-"Teraz ty zajmiesz się stadem. Jakby coś się działo wezwij mnie"- Tavharion potulnie się skłonił i wycofał.- "Pani, wskakuj na mój grzbiet. Kierunek Kaleodor!"- zarżał.
Jason
Usiadł na pobliskim kamieniu. Patrzył w dal, tam, gdzie uciekła Annabeth. Wyjął z plecaka patyk z tamtego magicznego miejsca nad jeziorem.
"Możesz zrobić z tego wszystko"- mówiła Ann.
Nie wyjaśnił jej wszystkiego. Kim jest, co się stało. Huragan podszedł do niego.
-Tylko ty mi zostałeś- poklepał go po dziobie.
Gryf również spojrzał w dal, jakby kogoś szukał. Położył się i spuścił łeb.
-Hej, stary! Ty jej prawie nie znałeś!- Huragan żałośnie zaskrzeczał.- No błagam cię!
Stworzenie posłało mu spojrzenie typu "Nic nie rozumiesz".
-Chyba musimy ruszać. To, że połowa grupy się wyłamała, nie znaczy, że misja się nie powiodła. Nasza przygoda dopiero się zaczęła. Mam nadzieję, że mogę na tobie polecieć- gryf uniósł głowę, jak pies, który słyszy słowo "spacer".
Zerwał się na równe nogi i nagle wydał się bardzo szczęśliwy, jakby nic się nie stało. Pochylił się, zapraszając chłopaka na swój grzbiet. Jason wszedł na niego niepewnie. Nigdy\nie latał.
-Kierunek: Kaleodor. Cel: Uratować królestwo Ezreal- powiedział i wzbili się w powietrze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)