Cześć.
Mam dla was smutne (raczej) wieści.
Nie osądzacie mnie po tym poście, że chcę mieć tylko wielu czytelników i fanów, bo nie o to mi chodzi.
Już od jakiegoś czasu rozdziały, które piszę nie mają zbyt wiele wyświetleń, ani komentarzy. Jest mi trochę przykro, ale cóż, takie jest życie.
Nie chcę, żebyście odebrali to jako mini-szantaż, ale mam zamiar nie publikować więcej rozdziałów, jeżeli nie okażecie jakkolwiek swojej obecności.
Nie dodałam opcji pisania jako anonim tylko po to, by ludzie to olewali.
Jednym słowem:
CZYTASZ - SKOMENTUJ.
Może nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale naprawdę nie jest miło pisać, mając świadomość, że nikt tego nie przeczyta.
Bo równie dobrze mogę zamknąć bloga i pisać dla samej siebie.
Wiem, popełniłam trochę błędów, np. niepotrzebnie zawiesiłam publikację postów na tak długi czas.
Ale jest mi przykro, że nie mam obok siebie tych osób, które wcześniej czytały każdy rozdział i komentowały go.
Mam nadzieję, że to zrozumieliście.
A, i jeszcze gdybyście mogli, podpisujcie się jakimiś nickami, czy coś takiego, bo potem nie wiem jak się do was zwracać.
To by było na tyle.
Do napisania (oby).
<Zwracam się z serdeczną prośbą, by Ami310 nie komentowała tego wpisu, bo nie chcę, żeby to było zrobione w ten sposób.>
wtorek, 3 grudnia 2013
poniedziałek, 2 grudnia 2013
13. Wspomnienia, wizje, wizyty - czyli po prostu wielkie "W".
Witajcie wszyscy!
JEŻELI TO CZYTASZ, BŁAGAM, NAPISZ CSPODEM. SPECJALNIE ZROBIŁAM FUNKCJĘ PISANIA ANONIMOWO, ŻEBY KAŻDY MÓGŁ WYRAZIĆ SWOJĄ OPINIĘ!
No, wyraziłam swoją dezaprobatę. Chciałabym również, żeby takie osoby jak SeJi590, Wika33, Jagoda i Maja powróciły na mojego bloga. Strasznie za Wami tęsknię<3 Jeśli zajrzycie tu, to chciałabym Was poprosić o e-maila albo jakikolwiek kontakt! Jak coś to możecie pisać do mnie na ninusia01@gmail.com Teraz czas na rozdział :D
Jak to zwykle bywa, piekielna bestia nie grzeszyła urokiem. Jej czarne pazury, były bardzo niezadbane, a sylwetka dosyć potężna i szczerze mówiąc, po prostu była gruba.
Wielkie bydle przypominające skrzyżowanie słonia z iguaną poruszało się z wyjątkową lekkością w stronę nastolatków. Sam fakt, że to monstrum się tam pojawiło, był zaskakujący, lecz jeszcze bardziej zaskoczyła Jasona znajoma postać siedząca na grzbiecie potwora. Tuż nad samą krawędzią fosy z cuchnącą substancją, iguano-słoń gwałtownie zahamował.
-Jason?!- dobiegł do niego donośny, lecz zarazem melodyjny głos.
Tajemnicza osoba zeskoczyła zwinnie ze swojego wierzchowca. Rude, kręcone włosy opadały jej na ramiona. Morsko-zielone oczy błyszczały w półmroku, którego jeszcze przed pięcioma minutami nie było. Nadnaturalnie długie nogi powoli przemieszczały się w stronę blondyna.
-Ray? To ty? - w głowie mu się nie mogło zmieścić, że jego stara przyjaciółka, tak bardzo się zmieniła.
Zapamiętał ją jako niską, roztargnioną i całkiem niegroźną małą dziewczynkę z twarzą pełną piegów.
-Zaprzeczyć nie mogę. Cóż ty tu robisz, stary kompanie?
-Robię sobie inhalację tą pięknie pachnącą mazią. A co ty tu robisz? I dlaczego mówisz jak jakaś starożytna bogini?- spytał odrobinkę zdezorientowany postawą przyjaciółki.
- Zrobiłam to tylko dla żartów... A co to za dziewczyna - z dezaprobatą spojrzała na Annabeth, a jej wzrok był tak chłodny, że dziewczyna odruchowo złapała się za ramiona.
-To jest Annabeth...
-Jego dziewczyna - przerwała mu Ann.
-Ummm... Tak, to właśnie ona - uśmiechnął się z satysfakcją do Annabeth.
Dziewczyna przewróciła oczami i zrobiła minę wyrażającą tylko jedno: "Ach, ci chłopcy!".
-Och, oczywiście. Miło mi cię poznać- mimo wyraźnej zdolności do kłamania, Ray nie udało się co do tego przekonać adresatki tej wypowiedzi- Ale tak naprawdę, to co wy tu robicie?
-Teoretycznie, to mamy misję, o której nic nie wiemy. To znaczy, wiemy tylko, że musimy się dostać do Kaleodoru i już jutro kontynuować naszą podróż... Zaraz, gdzie jest Huragan?
Na te słowa Annabeth cichutko gwizdnęła, a z chmur wyłonił się śnieżnobiały gryf. Z pobliskich zarośli wyskoczył również Aion, władca koni i Raieron, pan jastrzębi.
Wszystkie stworzenia od razu pognały do Ann.
- Co jak co, ale rękę do zwierząt to ty masz - stwierdził z uśmiechem Jason.
Dziewczyna odpowiedziała na to śmiechem. Lecz nie był to żaden wymuszony chichot. Po prostu w ten swój anielski i radosny sposób szczerze się zaśmiała. Zwierzęta sprawiały, że nawet jej największe zmartwienia nagle gdzieś odchodziły.
-Robi się już ciemno - powiedział blondyn.
I rzeczywiście. Jasna, rozgrzana kula słońca stykała się już z horyzontem. Dookoła niej niebo nabrało śliwkowo-morelowego koloru.
Annabeth spojrzała na nieskazitelnie czyste niebo. Próbując odnaleźć wzrokiem chociaż jedną chmurkę, jej uwagę zwróciła krwista linia przecinająca słońce w miejscu, gdzie powinno teoretycznie być zasłonięte przez wspomniany już horyzont.
-O nie...-mina natychmiast jej zrzedła.- Czytałam już kiedyś o tym...
-Co się dzieje? - chłopak wydawał się być poważnie zmartwiony jej reakcją.
-Widzisz to?- dziewczyna wskazała mu krwistoczerwoną linię - Według starych ksiąg, takie zjawisko jest zapowiedzią kataklizmów i plag. Nie sądzę by wróżyło nam to miłą i relaksacyjną podróż.
Nagle przed jej oczami zaczęły przesuwać się obrazy, niczym "w następnym odcinku" pod koniec wielu seriali. Tylko, że to, co zobaczyła miało się stać w jej życiu, a nie na ekranie.
Jedna postać była na każdym z tych obrazów i to właśnie na nią zwróciła uwagę. Na sobie miała ciemną pelerynę zdobioną wyszytymi złotą nitką ornamentami. Spod niej wystawał dwuczęściowy kruczoczarny strój, składający się ze skórzanych, dopasowanych spodni i kończącej się tuż pod biustem, równie zdobnej co peleryna zbroi. Dzięki niej spostrzec można było wyjątkowo chudą sylwetkę i wytatuowany z boku talii znak. Nogi okryte były ochronnymi, długimi butami, a w jej dłoni znajdował się szczerozłoty łuk.
-Łowczyni...
Przepraszam was, że ostatnio rozdziały są tak krótkie, ale odzwyczaiłam się od pisania :(
Mam nadzieję, że się podoba <3
Do napisania!
JEŻELI TO CZYTASZ, BŁAGAM, NAPISZ CSPODEM. SPECJALNIE ZROBIŁAM FUNKCJĘ PISANIA ANONIMOWO, ŻEBY KAŻDY MÓGŁ WYRAZIĆ SWOJĄ OPINIĘ!
No, wyraziłam swoją dezaprobatę. Chciałabym również, żeby takie osoby jak SeJi590, Wika33, Jagoda i Maja powróciły na mojego bloga. Strasznie za Wami tęsknię<3 Jeśli zajrzycie tu, to chciałabym Was poprosić o e-maila albo jakikolwiek kontakt! Jak coś to możecie pisać do mnie na ninusia01@gmail.com Teraz czas na rozdział :D
Jak to zwykle bywa, piekielna bestia nie grzeszyła urokiem. Jej czarne pazury, były bardzo niezadbane, a sylwetka dosyć potężna i szczerze mówiąc, po prostu była gruba.
Wielkie bydle przypominające skrzyżowanie słonia z iguaną poruszało się z wyjątkową lekkością w stronę nastolatków. Sam fakt, że to monstrum się tam pojawiło, był zaskakujący, lecz jeszcze bardziej zaskoczyła Jasona znajoma postać siedząca na grzbiecie potwora. Tuż nad samą krawędzią fosy z cuchnącą substancją, iguano-słoń gwałtownie zahamował.
-Jason?!- dobiegł do niego donośny, lecz zarazem melodyjny głos.
Tajemnicza osoba zeskoczyła zwinnie ze swojego wierzchowca. Rude, kręcone włosy opadały jej na ramiona. Morsko-zielone oczy błyszczały w półmroku, którego jeszcze przed pięcioma minutami nie było. Nadnaturalnie długie nogi powoli przemieszczały się w stronę blondyna.
-Ray? To ty? - w głowie mu się nie mogło zmieścić, że jego stara przyjaciółka, tak bardzo się zmieniła.
Zapamiętał ją jako niską, roztargnioną i całkiem niegroźną małą dziewczynkę z twarzą pełną piegów.
-Zaprzeczyć nie mogę. Cóż ty tu robisz, stary kompanie?
-Robię sobie inhalację tą pięknie pachnącą mazią. A co ty tu robisz? I dlaczego mówisz jak jakaś starożytna bogini?- spytał odrobinkę zdezorientowany postawą przyjaciółki.
- Zrobiłam to tylko dla żartów... A co to za dziewczyna - z dezaprobatą spojrzała na Annabeth, a jej wzrok był tak chłodny, że dziewczyna odruchowo złapała się za ramiona.
-To jest Annabeth...
-Jego dziewczyna - przerwała mu Ann.
-Ummm... Tak, to właśnie ona - uśmiechnął się z satysfakcją do Annabeth.
Dziewczyna przewróciła oczami i zrobiła minę wyrażającą tylko jedno: "Ach, ci chłopcy!".
-Och, oczywiście. Miło mi cię poznać- mimo wyraźnej zdolności do kłamania, Ray nie udało się co do tego przekonać adresatki tej wypowiedzi- Ale tak naprawdę, to co wy tu robicie?
-Teoretycznie, to mamy misję, o której nic nie wiemy. To znaczy, wiemy tylko, że musimy się dostać do Kaleodoru i już jutro kontynuować naszą podróż... Zaraz, gdzie jest Huragan?
Na te słowa Annabeth cichutko gwizdnęła, a z chmur wyłonił się śnieżnobiały gryf. Z pobliskich zarośli wyskoczył również Aion, władca koni i Raieron, pan jastrzębi.
Wszystkie stworzenia od razu pognały do Ann.
- Co jak co, ale rękę do zwierząt to ty masz - stwierdził z uśmiechem Jason.
Dziewczyna odpowiedziała na to śmiechem. Lecz nie był to żaden wymuszony chichot. Po prostu w ten swój anielski i radosny sposób szczerze się zaśmiała. Zwierzęta sprawiały, że nawet jej największe zmartwienia nagle gdzieś odchodziły.
-Robi się już ciemno - powiedział blondyn.
I rzeczywiście. Jasna, rozgrzana kula słońca stykała się już z horyzontem. Dookoła niej niebo nabrało śliwkowo-morelowego koloru.
Annabeth spojrzała na nieskazitelnie czyste niebo. Próbując odnaleźć wzrokiem chociaż jedną chmurkę, jej uwagę zwróciła krwista linia przecinająca słońce w miejscu, gdzie powinno teoretycznie być zasłonięte przez wspomniany już horyzont.
-O nie...-mina natychmiast jej zrzedła.- Czytałam już kiedyś o tym...
-Co się dzieje? - chłopak wydawał się być poważnie zmartwiony jej reakcją.
-Widzisz to?- dziewczyna wskazała mu krwistoczerwoną linię - Według starych ksiąg, takie zjawisko jest zapowiedzią kataklizmów i plag. Nie sądzę by wróżyło nam to miłą i relaksacyjną podróż.
Nagle przed jej oczami zaczęły przesuwać się obrazy, niczym "w następnym odcinku" pod koniec wielu seriali. Tylko, że to, co zobaczyła miało się stać w jej życiu, a nie na ekranie.
Jedna postać była na każdym z tych obrazów i to właśnie na nią zwróciła uwagę. Na sobie miała ciemną pelerynę zdobioną wyszytymi złotą nitką ornamentami. Spod niej wystawał dwuczęściowy kruczoczarny strój, składający się ze skórzanych, dopasowanych spodni i kończącej się tuż pod biustem, równie zdobnej co peleryna zbroi. Dzięki niej spostrzec można było wyjątkowo chudą sylwetkę i wytatuowany z boku talii znak. Nogi okryte były ochronnymi, długimi butami, a w jej dłoni znajdował się szczerozłoty łuk.
-Łowczyni...
Przepraszam was, że ostatnio rozdziały są tak krótkie, ale odzwyczaiłam się od pisania :(
Mam nadzieję, że się podoba <3
Do napisania!
poniedziałek, 4 listopada 2013
12 - Rzeczywistość, marzenia czy sny?
Witajcie, kochani!
Nikt co prawda nie napisał komentarza pod poprzednim postem, ale mam wielką ochotę napisać nowy rozdział. Mam nadzieję, że są jeszcze osoby, które zaglądają na tego bloga. Chciałabym, by takie osoby jak SeJi590, Maja, Wika33, Madzia, Agnieszka czy Jagoda znów się tutaj zjawiły. Bez Was jest mi smutno i brakuje mi motywacji. Wracajcie :(
Cóż, czas zacząć!
Obudziła się nie do końca wiedząc co jest prawdą, a co nie. Czy na pewno widziała Amona? Czy Jason jest cały? Zaraz, czy oni w ogóle są żywi?
-To był sen, Ann - dobiegł ją głos Jasona.
Popatrzyła w stronę, z której go usłyszała. Był tuż obok, ich ręce były oddalone o milimetry. Jego jasne włosy były rozczochrane i na końcówkach odrobinkę zwęglone. Oczy - z jednej strony roześmiane na jej widok, a z drugiej jakby nieco przygnębione. Tak właśnie wyglądał chłopak, za którego dałaby się pokroić.
- Tobie też się to śniło? Jak to możliwe?
Blondyn podrapał się w głowę i na chwilę zamilkł. Nie przeszkadzała mu. Wiedziała, że poważnie się nad czymś zastanawia.
-Nie wiem - odpowiedział.
-Naprawdę jesteś w stanie powiedzieć tylko tyle po tak długim zastanawianiu się? - dała mu delikatnego kuksańca w bok.
Roześmiał się, a na jego twarzy pojawiły się małe dołeczki. Uwielbiała go za to.
-Jak myślisz, gdzie wtedy byliśmy? No wiesz, we śnie...- zapytał całkiem poważnie.
Już chciała mu odpowiedzieć, gdy usłyszeli potężny ryk dobiegający z pobliskiego lasu. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że są w tym samym miejscu, gdzie spotkali ostatnio potwora. Jej dłoń automatycznie złapała rękę Jasona. Ścisnął ją, by dodać jej otuchy.
Powoli zaczęli przesuwać się w tamtym kierunku. Byli gotowi do walki. Annabeth wyciągnęła swój niewielki i poręczny sztylet. Odgarnęli listki nieznanego im gatunku krzaka, o nietypowym morskim kolorze.
Ich oczom ukazał się zapierający dech w piersiach widok. Ogromne wierzby pochylały swe skronie ku niewzruszonej tafli oczka wodnego. Woda otoczona była ogromnymi kwiatami, których kielichy osiągały wielkość ok. 50 cm. Na pierwszy rzut oka zdawałoby się, że to jedyne zagospodarowane miejsce na ogromnej, pustej płaszczyźnie. Jednakże 20 kroków od "centrum" znajdowała się długa i szeroka fosa wypełniona dziwnym, świecącym, jasnofioletowym płynem. Nie pałali chęcią do kąpieli w tym przeraźliwie cuchnącym roztworze, lecz nie mogli pozbyć się ciekawości zbadania jej z bliska. Po nachyleniu się nad substancją do oczu napłynęły im łzy. Ale nie takie zwyczajne, ludzkie, lecz zielone i gęste. Było to bardzo bolesne. Nie dość, że zdawało im się, że są kompletnie niewidomi, to jeszcze ta smaropodobna ciecz w kontakcie ze skórą okropnie piekła.
-Skacz!- krzyknął Jason.
Chwilę zajęło przetworzenie tej informacji przez jej mózg, ale chłopak przyszedł jej z pomocą i biorąc ją "na barana" i przeskoczył nad oparami trującej fosy.
- Dziękuję - wykrztusiła z siebie Ann.
Wtedy rozległo się głośne "klik". Blondyn podniósł stopę, a pod nią ujrzał niewielki złoty przycisk.
-Niedobrze...- nie skończyła, przez donośny dźwięk czyjegoś ryku (znowu).
A wtedy zza horyzontu wyłoniła się piekielna bestia, zbliżająca się do nich w zaskakująco szybkim tempie.
Mam nadzieję, że się Wam spodobało. Jest krótki, ale myślę, że nie najgorszy. Piszcie swoje opinie w komentarzach!
Nikt co prawda nie napisał komentarza pod poprzednim postem, ale mam wielką ochotę napisać nowy rozdział. Mam nadzieję, że są jeszcze osoby, które zaglądają na tego bloga. Chciałabym, by takie osoby jak SeJi590, Maja, Wika33, Madzia, Agnieszka czy Jagoda znów się tutaj zjawiły. Bez Was jest mi smutno i brakuje mi motywacji. Wracajcie :(
Cóż, czas zacząć!
Obudziła się nie do końca wiedząc co jest prawdą, a co nie. Czy na pewno widziała Amona? Czy Jason jest cały? Zaraz, czy oni w ogóle są żywi?
-To był sen, Ann - dobiegł ją głos Jasona.
Popatrzyła w stronę, z której go usłyszała. Był tuż obok, ich ręce były oddalone o milimetry. Jego jasne włosy były rozczochrane i na końcówkach odrobinkę zwęglone. Oczy - z jednej strony roześmiane na jej widok, a z drugiej jakby nieco przygnębione. Tak właśnie wyglądał chłopak, za którego dałaby się pokroić.
- Tobie też się to śniło? Jak to możliwe?
Blondyn podrapał się w głowę i na chwilę zamilkł. Nie przeszkadzała mu. Wiedziała, że poważnie się nad czymś zastanawia.
-Nie wiem - odpowiedział.
-Naprawdę jesteś w stanie powiedzieć tylko tyle po tak długim zastanawianiu się? - dała mu delikatnego kuksańca w bok.
Roześmiał się, a na jego twarzy pojawiły się małe dołeczki. Uwielbiała go za to.
-Jak myślisz, gdzie wtedy byliśmy? No wiesz, we śnie...- zapytał całkiem poważnie.
Już chciała mu odpowiedzieć, gdy usłyszeli potężny ryk dobiegający z pobliskiego lasu. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że są w tym samym miejscu, gdzie spotkali ostatnio potwora. Jej dłoń automatycznie złapała rękę Jasona. Ścisnął ją, by dodać jej otuchy.
Powoli zaczęli przesuwać się w tamtym kierunku. Byli gotowi do walki. Annabeth wyciągnęła swój niewielki i poręczny sztylet. Odgarnęli listki nieznanego im gatunku krzaka, o nietypowym morskim kolorze.
Ich oczom ukazał się zapierający dech w piersiach widok. Ogromne wierzby pochylały swe skronie ku niewzruszonej tafli oczka wodnego. Woda otoczona była ogromnymi kwiatami, których kielichy osiągały wielkość ok. 50 cm. Na pierwszy rzut oka zdawałoby się, że to jedyne zagospodarowane miejsce na ogromnej, pustej płaszczyźnie. Jednakże 20 kroków od "centrum" znajdowała się długa i szeroka fosa wypełniona dziwnym, świecącym, jasnofioletowym płynem. Nie pałali chęcią do kąpieli w tym przeraźliwie cuchnącym roztworze, lecz nie mogli pozbyć się ciekawości zbadania jej z bliska. Po nachyleniu się nad substancją do oczu napłynęły im łzy. Ale nie takie zwyczajne, ludzkie, lecz zielone i gęste. Było to bardzo bolesne. Nie dość, że zdawało im się, że są kompletnie niewidomi, to jeszcze ta smaropodobna ciecz w kontakcie ze skórą okropnie piekła.
-Skacz!- krzyknął Jason.
Chwilę zajęło przetworzenie tej informacji przez jej mózg, ale chłopak przyszedł jej z pomocą i biorąc ją "na barana" i przeskoczył nad oparami trującej fosy.
- Dziękuję - wykrztusiła z siebie Ann.
Wtedy rozległo się głośne "klik". Blondyn podniósł stopę, a pod nią ujrzał niewielki złoty przycisk.
-Niedobrze...- nie skończyła, przez donośny dźwięk czyjegoś ryku (znowu).
A wtedy zza horyzontu wyłoniła się piekielna bestia, zbliżająca się do nich w zaskakująco szybkim tempie.
Mam nadzieję, że się Wam spodobało. Jest krótki, ale myślę, że nie najgorszy. Piszcie swoje opinie w komentarzach!
środa, 30 października 2013
Pytanie
Hej, to ja!
Nie, jeszcze nie umarłam.
Ale mam jedno pytanie.
Czy ktoś jeszcze czyta tego bloga?
Chciałabym zacząć pisać znowu, ale brak mi motywacji.
Wiedzcie, że Was bardzo potrzebuję <3
Jeśli chcielibyście przeczytać dalszy ciąg przygód Ann i Jasona, to proszę zostawcie pod tym postem jakiś milusi komentarz :3
Nie jestem z tych osób, co ciągle tylko piszą do sławniejszych blogerów, by przeczytali ich bloga, ale może znacie jakieś inne rady na zwiększenie czytelników?
Mi nie zależy na jakimś numerku. Ja po prostu chcę wiedzieć, że ktoś to czyta.
A, i liczą się tylko komentarze opatrzone Waszym nickiem (lub po prostu internetowym pseudonimem), bo kiedyś ktoś mi zrobił wielką przykrość, przez to, że się nie podpisał <nieważne, naprawdę nie musicie tego wiedzieć :D>
Trzymajcie się!
Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła wrócić z podwojoną siłą!
~Nina
Nie, jeszcze nie umarłam.
Ale mam jedno pytanie.
Czy ktoś jeszcze czyta tego bloga?
Chciałabym zacząć pisać znowu, ale brak mi motywacji.
Wiedzcie, że Was bardzo potrzebuję <3
Jeśli chcielibyście przeczytać dalszy ciąg przygód Ann i Jasona, to proszę zostawcie pod tym postem jakiś milusi komentarz :3
Nie jestem z tych osób, co ciągle tylko piszą do sławniejszych blogerów, by przeczytali ich bloga, ale może znacie jakieś inne rady na zwiększenie czytelników?
Mi nie zależy na jakimś numerku. Ja po prostu chcę wiedzieć, że ktoś to czyta.
A, i liczą się tylko komentarze opatrzone Waszym nickiem (lub po prostu internetowym pseudonimem), bo kiedyś ktoś mi zrobił wielką przykrość, przez to, że się nie podpisał <nieważne, naprawdę nie musicie tego wiedzieć :D>
Trzymajcie się!
Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła wrócić z podwojoną siłą!
~Nina
środa, 12 czerwca 2013
Rozdział 11 - Tajemnicza Światłość + długie przeprosiny
"-Straciłam cię- mówiła- Ale ty się nie ugiąłeś. Ciągle walczyłeś o to bym nie odeszła na zawsze. A teraz znów wracamy do tego co było kiedyś. Do tego, co minęło. "Ouh , God... Dobra. Jakoś zacząć trzeba, chociaż nie będzie to łatwe. BAAAAAAAAAARDZO długo mnie nie było i mam nadzieję , że wy, wierni czytelnicy, nie zniechęciliście się do mnie i do mojego opowiadania/ powieści. Na górze macie cytat wypowiedzi Annabeth, która byłą w ostatnim rozdziale i świetnie opisuje teraźniejszą sytuację. Jesteście kochani, a szczególnie dziękuję wam za te wszystkie komentarze, które mi wysłaliście! Dziękuję dokładnie każdemu, ale wymienię te osoby, które się podpisały ( na przyszłość: wasze wszystkie komentarze były bardzo miłe, ale nie mam pojęcia od kogo je dostałam, tak więc proszę, byście się podpisywali) : AMI310 - nie napisała co prawda komentarza, ale znam ją osobiście i to dzięki niej wgl zajrzałam na tego bloga, SEJI509 - za twoje pokrzepiające słowa, które sprawiły, że "wracam do tego co było kiedyś" (patrz górny cytat ), MAJA - która swoim jakże prostym i krótkim komentarzem, dała mi wielkiego kopa w cztery litery i dzięki niej również piszę ten rozdział oraz oczywiście wszystkim kochanym ANONIMOM, którzy pisali mi różne bardzo miłe komentarze, które pokrzepiły mnie i z pewnością dowartościowały.
Dobrze...To już koniec wstępu, bo nie chcę was zanudzać. Miłego czytania!
Od Autora: "Z pewnością żaden z was nie wie, jak to jest ponownie zobaczyć osobę, która umarła. Która według nas odeszła na zawsze. Na pewno będzie wam trudno wyobrazić sobie jak czuła się Annabeth, która odkryła, czym jest tajemnicza światłość. Ale chociaż spróbujcie."
Światłość, która wypełniła zamglone pomieszczenie oślepiła Annabeth. Dziewczyna upadła na kolana i zasłoniła twarz rękoma. Usłyszała wycie. Najpierw jedno, donośne i mężne. Potem do pierwszego dołączały się następne i następne, aż pokoju nie wypełnił głośny zew tysiąca wilczych gardeł.
Nagle nastała cisza. Młoda dziewczyna odważyła się odsłonić swoje oczy. Przed nią stał Amon - tego była pewna. Ale definitywnie był inny. Jego srebrne niegdyś futro zastąpiła śnieżnobiała sierść. Małe zielone oczy zmieniły swój odcień na błękit. Był również o wiele potężniejszy i wyższy niż kiedyś. Jego łapy zdobiły szczerozłote zarękawia*, a na szyi zwieszał się amulet ze srebra. Jedynym po czym go poznała był ten dobry, wypełniony miłością błysk w oku.
Podbiegła do niego i rzuciła mu się na szyję. Łzy same napływały do jej oczu. Ale nie były to łzy smutku, lecz wzruszenia.
-Amonie! Ty żyjesz!
"Tak, Pani."- odpowiedział.
-I ty jeszcze mówisz do mnie per "Pani" ?! Przecież ty...- nie dokończyła, bo wtedy zdała sobie sprawę, że za nim rozciąga się wielka armia tysięcy uzbrojonych i dostojnych wilków.
" Ach tak... To tylko tacy moi znajomi, pani." - roześmiał się - " A propos mojej delikatnej zmiany... Cóż to dzięki tobie."
- Dzięki mnie? Oszalałeś?- jej wyraz twarzy przypominał coś w rodzaju "żenujące jest to, że nie mam pojęcia o czym gada do mnie w pełni uzbrojony wilk z wielką armią za plecami".
" A dokładniej, dzięki twoim łzom. Kiedy płakałaś nad moim ciałem, przez moją ranę na boku wsiąkły twoje łzy. One najzwyczajniej to ujmując, sprawiły, że moje serce znowu zaczęło bić. Znów uratowałaś mi życie, chociaż nieświadomie i chociaż kazałem ci mnie zostawić. To jest prawdziwa przyjaźń i teraz jestem jeszcze bardziej pewien, że skoczę za tobą w ogień." - te słowa bardzo ją wzruszyły. Łzy, które przestały się już jakiś czas temu lać, popłynęły z podwojoną mocą.
- Amonie- schyliła się (choć niewiele, gdyż Amon naprawdę bardzo urósł) do jego ucha - Kocham cię - szepnęła i jeszcze mocniej wtuliła się w jego miękkie i gęste futro. Oczywiście te dwa słowa nie były jednoznaczne z tym co czuła do Jasona. Amona kochała jakby to był jej pies, którego miała od urodzenia i była z nim mocno związana. Miłość do Jasona była inna... bardziej międzyludzka.
-No właśnie, Jason! - powiedziała, gdyż zdawała sobie sprawę, że Amon czyta jej w myślach, czy tego chce, czy nie.
Szukając wzrokiem chłopaka, krążyła między "znajomymi" Amona, którzy serdecznie się do niej uśmiechali ( oczywiście tak jak tylko mogą uśmiechać się wilki). \
"Jednak pod tą grubą warstwą żelaza mają miły charakter i dobre serce..." - pomyślała Annabeth.
Kiedy go znalazła, był oparty o ścianę i wodził po sali już przytomnym wzrokiem.
- No... Wstała nasza śpiąca królewna! - zawołała dziewczyna, udając, że ma wobec niego dystans i mając nadzieję, że nic nie pamięta i nie wykorzysta tego przeciwko niej.
- Ann. Nie licz na to , że zapomniałem jak mnie PO-CA-ŁO-WA-ŁAŚ! - ostatnie sylaby powiedział ze swoim zadowolonym z siebie uśmieszkiem, za którego Annabeth dałaby się pokroić.
- Chyba ci się coś przyśniło...
-Yhm.. A , i pięknie śpiewasz - na jej policzki wstąpił rumieniec, który według niej zdecydowanie nie pojawiał się w dobrej chwili.
"Witaj chłopcze!"
- A-Amon? Ja mogę z tobą rozmawiać? - spytał nieco zdezorientowany nastolatek.
" Tak. Teraz tak." - mówiąc to Biały Wilk podszedł do niego i skłonił się przed nim.
- Czemu mi się kłaniasz?Po tym wszystkim co ci zrobiłem?
"Chłopcze, to nie była twoja wina."- kiedy wypowiedział to zdanie drwiący uśmieszek Annabeth spełzł z jej twarzy. Na jego miejscu pojawiło się zainteresowanie i niedowierzanie.- " Pani, mimo że trudno mi to przyznać, chłopak miał rację. Hybroimfy, wysłannice Aklymosa, pana ciemności. Zwiodły go, a raczej weszły w jego ciało. Aklymos chciał mnie zabić."
- Jason! Ja nie wiedziałam, nie chciałam! - po raz trzeci w tym dniu wybuchła płaczem. Przytulił się do niej najmocniej jak potrafił oraz wyszeptał: "ważne, że teraz jesteś obok".Cmoknął ją w czoło, a ona skuliła się na jego kolanach.
-Zaraz - Annabeth wyprostowała się nie schodząc z kolan chłopaka. - A co się stało z Aionem i Huraganem?
" Jason zostawił Huragana na pastwę losu, kiedy cię tylko zobaczył. Na szczęście to mądre zwierzę poleciało za nami, gdy was stamtąd zabieraliśmy. Aion jest w naszej królewskiej stajni. Zadbaliśmy o to, by było mu jak najlepiej." - odpowiedział jej Amon.
- A tak właściwie, to gdzie my jesteśmy? - spytała dziewczyna.
- Chyba poznaję to miejsce... To pałac Królestwa Ezreal.
* Zbroja Pełna
Mam nadzieję, że się podobało!
Buziaki
~Nina
niedziela, 10 marca 2013
Rozdział 10- Przepraszam...
Hej!
Bardzo przepraszam za to, że nie pisałam... Straciłam wenę. Mam nadzieję, że jeszcze czytacie tego bloga. A i wprowadzam nową zasadę: Każdy kto czyta posta daje komentarz. Im więcej komentów, tym szybciej będę pisać. Pisane słuchając Snow Patrol - The Lightning Strike Zapraszam do czytania ^^
Annabeth podróżowała spokojnie, tak samo jak Jason. Oboje dotarli do tego samego miejsca. Nad Przepaść Mroku.
-Annabeth!- krzyknął wyplątujący się z dziko rosnących roślin Jason.
Ann spojrzała w jego kierunku. Mimowolnie się uśmiechnęła, ale szybko stała się znów poważna.
-Nie wiem jak to możliwe, że cię znowu spotykam. Powinieneś zginąć, wyparować, zniknąć... Cokolwiek, bylebym nie musiała oglądać już twojej twarzy.
-Annabeth... Nic nie rozumiesz...- nie dokończył, bo za nimi rozległo się ciche warczenie. Odwrócili się.
Za ich plecami stała bestia, która z pewnością nie przypominała słodkiego domowego zwierzątka. Przypominała wielkiego rysia z zębami dwa razy większymi niż jego głowa. Jego futro wyglądało tak, jakby było zrobione z żelaza, a oczy wypełniała płomienna nienawiść.
-No to już po nas. Miło było cię znów zobaczyć Ann...- nie dokończył Jason, ponieważ Annabeth zrobiła coś najmniej w tej chwili spodziewanego. Pocałowała go.
To nie był zwyczajny pocałunek. Jej uczucia były zmieszane, ale jedno wiedziała na pewno: kochała go. I choć zrobił tyle złego, to uczucie było zbyt silne, by na zawsze pozostało w jej sercu. Miała zamknięte oczy. Przypominała sobie wszystko to, co niedawno przeżyła. Zdała sobie sprawę, że jej sen był inny. To co działo się teraz, było po tym jak Jason ją uratował. Nie rozumiała niczego. To nie było teraz ważne. Otworzyła oczy, by spojrzeć na jego reakcję. Zaskoczenie zmieniło się w lekki i zadziorny uśmiech.
"Tego właśnie zawsze chciał. Ech ci chłopcy..."- pomyślała.
Wtedy popatrzyła na monstrum. Wiedziała, że za sekundę będzie jej koniec, gdy nagle oślepiła ją łuna białego światła. Była tak rażąca, że zamieniła zło bijące z wnętrza piekielnej bestii w proch.
"To nie koniec."- usłyszała w swojej głowie głos Amona.
Obudziła się w objęciach śpiącego Jasona. Z jej oczu popłynęły łzy.
-Straciłam cię- mówiła- Ale ty się nie ugiąłeś. Ciągle walczyłeś o to bym nie odeszła na zawsze. A teraz znów wracamy do tego co było kiedyś. Do tego, co minęło. Do uczucia, które zaczęło kiełkować, ale nie było wystarczająco podlane, by się rozwinąć. Umierało, lecz ty je uratowałeś- zbliżyła się do niego.- Dziękuję- wyszeptała i delikatnie musnęła wargami jego czoło.
Z łzami uciekły od niej problemy, strapienia, które nosiła głęboko w duszy. Była blisko niego, słyszała jego wolny oddech. Wystukiwała na swojej nodze jego rytm. Rozejrzała się. Pomieszczenie było wypełnione mgłą tak, jakby byli w niebie. Na końcu pokoju zauważyła fortepian. Podeszła do niego. Wciskała klawisze delikatnie i niepewnie. W jej głowie układały się słowa: "What if this storm ends?
And I don't see you, as you are now ever again". Zaczęła śpiewać. Nie przypuszczała, że jej głos jest tak czysty i piękny. Nigdy wcześniej nie śpiewała. To było dla niej coś niesamowitego i nowego.
Później zobaczyła to samo światło, które wcześniej ich uratowało. Nie widziała zarysu tej postaci. Usłyszała tylko:
" Dobrze cię znów widzieć."
Bardzo przepraszam za to, że nie pisałam... Straciłam wenę. Mam nadzieję, że jeszcze czytacie tego bloga. A i wprowadzam nową zasadę: Każdy kto czyta posta daje komentarz. Im więcej komentów, tym szybciej będę pisać. Pisane słuchając Snow Patrol - The Lightning Strike Zapraszam do czytania ^^
Annabeth podróżowała spokojnie, tak samo jak Jason. Oboje dotarli do tego samego miejsca. Nad Przepaść Mroku.
-Annabeth!- krzyknął wyplątujący się z dziko rosnących roślin Jason.
Ann spojrzała w jego kierunku. Mimowolnie się uśmiechnęła, ale szybko stała się znów poważna.
-Nie wiem jak to możliwe, że cię znowu spotykam. Powinieneś zginąć, wyparować, zniknąć... Cokolwiek, bylebym nie musiała oglądać już twojej twarzy.
-Annabeth... Nic nie rozumiesz...- nie dokończył, bo za nimi rozległo się ciche warczenie. Odwrócili się.
Za ich plecami stała bestia, która z pewnością nie przypominała słodkiego domowego zwierzątka. Przypominała wielkiego rysia z zębami dwa razy większymi niż jego głowa. Jego futro wyglądało tak, jakby było zrobione z żelaza, a oczy wypełniała płomienna nienawiść.
-No to już po nas. Miło było cię znów zobaczyć Ann...- nie dokończył Jason, ponieważ Annabeth zrobiła coś najmniej w tej chwili spodziewanego. Pocałowała go.
To nie był zwyczajny pocałunek. Jej uczucia były zmieszane, ale jedno wiedziała na pewno: kochała go. I choć zrobił tyle złego, to uczucie było zbyt silne, by na zawsze pozostało w jej sercu. Miała zamknięte oczy. Przypominała sobie wszystko to, co niedawno przeżyła. Zdała sobie sprawę, że jej sen był inny. To co działo się teraz, było po tym jak Jason ją uratował. Nie rozumiała niczego. To nie było teraz ważne. Otworzyła oczy, by spojrzeć na jego reakcję. Zaskoczenie zmieniło się w lekki i zadziorny uśmiech.
"Tego właśnie zawsze chciał. Ech ci chłopcy..."- pomyślała.
Wtedy popatrzyła na monstrum. Wiedziała, że za sekundę będzie jej koniec, gdy nagle oślepiła ją łuna białego światła. Była tak rażąca, że zamieniła zło bijące z wnętrza piekielnej bestii w proch.
"To nie koniec."- usłyszała w swojej głowie głos Amona.
Obudziła się w objęciach śpiącego Jasona. Z jej oczu popłynęły łzy.
-Straciłam cię- mówiła- Ale ty się nie ugiąłeś. Ciągle walczyłeś o to bym nie odeszła na zawsze. A teraz znów wracamy do tego co było kiedyś. Do tego, co minęło. Do uczucia, które zaczęło kiełkować, ale nie było wystarczająco podlane, by się rozwinąć. Umierało, lecz ty je uratowałeś- zbliżyła się do niego.- Dziękuję- wyszeptała i delikatnie musnęła wargami jego czoło.
Z łzami uciekły od niej problemy, strapienia, które nosiła głęboko w duszy. Była blisko niego, słyszała jego wolny oddech. Wystukiwała na swojej nodze jego rytm. Rozejrzała się. Pomieszczenie było wypełnione mgłą tak, jakby byli w niebie. Na końcu pokoju zauważyła fortepian. Podeszła do niego. Wciskała klawisze delikatnie i niepewnie. W jej głowie układały się słowa: "What if this storm ends?
And I don't see you, as you are now ever again". Zaczęła śpiewać. Nie przypuszczała, że jej głos jest tak czysty i piękny. Nigdy wcześniej nie śpiewała. To było dla niej coś niesamowitego i nowego.
Później zobaczyła to samo światło, które wcześniej ich uratowało. Nie widziała zarysu tej postaci. Usłyszała tylko:
" Dobrze cię znów widzieć."
poniedziałek, 11 lutego 2013
Hej, hej! Mam drugiego bloga!
Jak w tytule: mam nowego bloga. To nie znaczy, że nie będę pisać już tego, ale będę pisać dwie powieści na raz. Opublikowałam już 1 rozdział. Macie linka: http://kroniki-vellenur.blogspot.com/ .
Liczę na to, że zerkniecie ;)
Bai
Nina
Liczę na to, że zerkniecie ;)
Bai
Nina
piątek, 8 lutego 2013
Rozdział 9- Podróże małe i duże
Hejou!
Krótkie, ale jest!
Annabeth
Pędziła
na Aionie. Miała chwilę, by odetchnąć i pomyśleć.
"Czemu
jednak się nie cofnęłam? Miałam szansę. I nie wróciłam. A teraz ten zabójca
biega po świecie i pewnie zabija teraz następne magiczne wilki, jeśli w ogóle takie
istnieją. I ten cały Aklymos. Co mu odbiło i czemu uprowadził moich rodziców z
ich własnego domu?"
Władca
koni biegł tak delikatnie, że jego kołysanie sprawiło, że dziewczyna zasnęła.
Śnił
jej się Jason. Leżał na plaży, osłonięty od słońca i wiatru wielkimi skrzydłami
Huragana. Rysował palcem po piasku, a raczej pisał, tak:
"Annabeth, jeżeli to czytasz, a
wątpię, bo to tylko mój sen, to wiedz, że to wszystko, ta sytuacja to nie tak
jak myślisz. Hybroimfy... One mnie zwiodły. Są prawie tak silne jak syreny,
tyle że nie żywią się ludźmi. One tylko wykorzystują nas do robienia za nie
różnych okropnych rzeczy. Tym razem ofiarą musiał być Amon. Jest mi
przeraźliwie przykro. Wierz mi lub nie, ale Amon był całkiem spoko. Nieważne.
Żegnaj, Ann.
PS Pozdrowienia od Huragana (prawie
cię nie znał, a tak strasznie cię polubił czy coś, że nie daje
mi
spokoju)."
-Och,
Jason. "To miłe- odpisała obok.-Ale zrobiłeś mi za wielką krzywdę. A tak w
ogóle, to wiesz jak to możliwe, że zobaczyłam te twoje wypociny? Bo ja niezbyt.
PS Też pozdrów Huragana. Dzielny z
niego gryf, skoro nie uciekł od zabójcy magicznych stworzeń."
Z
objęć Morfeusza wyrwał ją krzyk wielkich ptaków. Popatrzyła w górę. Nad jej
głową latały przerośnięte, majestatyczne jastrzębie.
Jeden
z nich był zdecydowanie inny. Miał piękne, śnieżnobiałe skrzydła, które wręcz
lśniły w blasku słonecznych promieni.
Jego
przenikliwe, złote oczy zobaczyły ją. Drapieżnik obniżył lot, aż w końcu
szybował tuż przy niej.
"-Pani,
ja jestem królem jastrzębi. Zwą mnie Raieron. Pewnie Aion wszystko ci już
wytłumaczył- odezwał się.
-
Oczywiście, Raieronie. Żywię nadzieję, że ty również zawsze będziesz służył mi
pomocą- Annabeth mówiła tonem, który już dawno uznała za najgodniejszy do
rozmów z władcami.
"-
Naturalnie. Ja, jak i cały mój lud, zawsze się wspomożemy"- ptak wyrwał ze
swojego skrzydła jedno różniące się od innych pióro. -" Jak tylko będzie
coś się działo, wystarczy, że trzymając w ręku to pióro wypowiesz prośbę. Wtedy
natychmiast się zjawię i zrobię wszystko co w mojej mocy. A teraz wybacz mi,
ale muszę już odlecieć. Moi kompani oddalili się już za bardzo. Ech... Banda
pożytecznych idiotów. Więc żegnaj, pani!"
-Szerokiej...
Szerokiego powietrza!- zawołała za oddalającym się Raieronem.
Jason
Szybował
spokojnie na Huraganie. Patrząc na chmury myślał tylko o tym, że schrzanił
jedyne co mu w życiu pozostało. Rodzice wyjechali, nie licząc swojego gryfa nie
miał żadnego kumpla, a do tego tak boleśnie zranił idealną dziewczynę, którą
miał zaszczyt spotkać, że go znienawidziła i pozwolił jej odejść. Nie chciało
mu się żyć. Ale w przeciwieństwie do Annabeth, która ratowała tylko swoich
rodziców, on brał na swoje barki odpowiedzialność za całe królestwo
Ezreal.
I
jak? O Jasonie na razie mało. Bardzo mało xD
Rozdział 8- "Co ja zrobiłam"
Hejou! Miałam ferie i sorki, że nic o tym nie pisałam., ale przypomniało mi się dopiero w drodze z domu!
Annabeth
"-Co ja zrobiłam? Straciłam jedyną osobę, na której mi zależało..."- myślała.
Uspokoiła trochę rytm swoich kroków. Zaczęło padać. Bezszelestnie poruszała się po miękkim błocie. Drzewa rosły już coraz ciaśniej. Przypomniało jej się o misji.
-Nie będę ratowała królestwa, ale zostali jeszcze moi rodzice. Może powinnam jednak wrócić do Kaleodoru?- mówiła do siebie. - Żeby pomścić Amona.
Starała się odtworzyć drogę, którą wcześniej szła. Jednak wtedy była wściekła i nie zwracała uwagi na swoje kroki. błądziła tak, a las się zmieniał.
Liście roślin skrzyły się srebrnymi kroplami rosy. Drzewa wyglądały tak, jakby były okryte złotą pajęczyną. Droga była czystsza, schludniejsza.
Nagle usłyszała tętent kopyt. Zbliżało się stado dzikich koni. Nie wiedziała, co może ją czekać, więc zacisnęła rękę na wiszącym u jej boku mieczu.
Zza leśnej roślinności wyłoniły się piękne, dobrze zbudowane rumaki, krwi czysto-arabskiej. Na przód wyszedł jeszcze większy i najbardziej majestatyczny z nich. Był to czarny koń fryzyjski. Na jego grzywie widniało coś w rodzaju diademu, z wielkim zielonym kamieniem szlachetnym. Zatrzymał się tuż przed nią i ukłonił się. Reszta rumaków poszła za jego przykładem i również podkuliła nogę oraz schyliła głowę. Annabeth nie rozumiała co się dzieje. Jej ręka już czerwieniała od mocnego zaciskania jej na diamentowym ostrzu.
"Pani nie lękaj się."- powiedział ich przywódca.
Wzdrygnęła się. Była pewna, że słyszy tylko i wyłącznie głos Amona.
- Kimże jesteś, rumaku?- spytała.
"Jestem Aion. Własca koni i twój poddany."
- Mój poddany? A co to znaczy?
"Pani, nie jesteś zwykłą dziewczyną. Jesteś potężna, chociaż może o tym nie wiesz. Wszyscy przywódcy zwierząt są tak jakby twoimi pupilami. W takiej sytuacji, masz tysiące mocnych zwolenników. A ja, jestem jednym z nich."
-Och...Naprawdę?!- dziwiła się.- Królowie każdego gatunku są na moje zawołanie? Czyli nic mi nie zrobisz?
"Nie śmiałbym"-odpowiedział.
-Ale za to możesz mi pomóc, prawda?
"Z miłą chęcią."
-Hmm... Ale najpierw wstań- zwierzę posłusznie rozprostowało nogi.- Pięknie. Jest taka sprawa, że muszę się jak najszybciej dostać do Kaleodoru, ale...
"Nie znasz drogi? Chętnie pomogę. Ale czy mógłbym ci dłużej towarzyszyć?"
- To będzie dla mnie zaszczyt- dygnęła z gracją.
"Wspaniale! Tavharion"- brązowy arab wystąpił z szeregu.-"Teraz ty zajmiesz się stadem. Jakby coś się działo wezwij mnie"- Tavharion potulnie się skłonił i wycofał.- "Pani, wskakuj na mój grzbiet. Kierunek Kaleodor!"- zarżał.
Jason
Usiadł na pobliskim kamieniu. Patrzył w dal, tam, gdzie uciekła Annabeth. Wyjął z plecaka patyk z tamtego magicznego miejsca nad jeziorem.
"Możesz zrobić z tego wszystko"- mówiła Ann.
Nie wyjaśnił jej wszystkiego. Kim jest, co się stało. Huragan podszedł do niego.
-Tylko ty mi zostałeś- poklepał go po dziobie.
Gryf również spojrzał w dal, jakby kogoś szukał. Położył się i spuścił łeb.
-Hej, stary! Ty jej prawie nie znałeś!- Huragan żałośnie zaskrzeczał.- No błagam cię!
Stworzenie posłało mu spojrzenie typu "Nic nie rozumiesz".
-Chyba musimy ruszać. To, że połowa grupy się wyłamała, nie znaczy, że misja się nie powiodła. Nasza przygoda dopiero się zaczęła. Mam nadzieję, że mogę na tobie polecieć- gryf uniósł głowę, jak pies, który słyszy słowo "spacer".
Zerwał się na równe nogi i nagle wydał się bardzo szczęśliwy, jakby nic się nie stało. Pochylił się, zapraszając chłopaka na swój grzbiet. Jason wszedł na niego niepewnie. Nigdy\nie latał.
-Kierunek: Kaleodor. Cel: Uratować królestwo Ezreal- powiedział i wzbili się w powietrze.
Annabeth
"-Co ja zrobiłam? Straciłam jedyną osobę, na której mi zależało..."- myślała.
Uspokoiła trochę rytm swoich kroków. Zaczęło padać. Bezszelestnie poruszała się po miękkim błocie. Drzewa rosły już coraz ciaśniej. Przypomniało jej się o misji.
-Nie będę ratowała królestwa, ale zostali jeszcze moi rodzice. Może powinnam jednak wrócić do Kaleodoru?- mówiła do siebie. - Żeby pomścić Amona.
Starała się odtworzyć drogę, którą wcześniej szła. Jednak wtedy była wściekła i nie zwracała uwagi na swoje kroki. błądziła tak, a las się zmieniał.
Liście roślin skrzyły się srebrnymi kroplami rosy. Drzewa wyglądały tak, jakby były okryte złotą pajęczyną. Droga była czystsza, schludniejsza.
Nagle usłyszała tętent kopyt. Zbliżało się stado dzikich koni. Nie wiedziała, co może ją czekać, więc zacisnęła rękę na wiszącym u jej boku mieczu.
Zza leśnej roślinności wyłoniły się piękne, dobrze zbudowane rumaki, krwi czysto-arabskiej. Na przód wyszedł jeszcze większy i najbardziej majestatyczny z nich. Był to czarny koń fryzyjski. Na jego grzywie widniało coś w rodzaju diademu, z wielkim zielonym kamieniem szlachetnym. Zatrzymał się tuż przed nią i ukłonił się. Reszta rumaków poszła za jego przykładem i również podkuliła nogę oraz schyliła głowę. Annabeth nie rozumiała co się dzieje. Jej ręka już czerwieniała od mocnego zaciskania jej na diamentowym ostrzu.
"Pani nie lękaj się."- powiedział ich przywódca.
Wzdrygnęła się. Była pewna, że słyszy tylko i wyłącznie głos Amona.
- Kimże jesteś, rumaku?- spytała.
"Jestem Aion. Własca koni i twój poddany."
- Mój poddany? A co to znaczy?
"Pani, nie jesteś zwykłą dziewczyną. Jesteś potężna, chociaż może o tym nie wiesz. Wszyscy przywódcy zwierząt są tak jakby twoimi pupilami. W takiej sytuacji, masz tysiące mocnych zwolenników. A ja, jestem jednym z nich."
-Och...Naprawdę?!- dziwiła się.- Królowie każdego gatunku są na moje zawołanie? Czyli nic mi nie zrobisz?
"Nie śmiałbym"-odpowiedział.
-Ale za to możesz mi pomóc, prawda?
"Z miłą chęcią."
-Hmm... Ale najpierw wstań- zwierzę posłusznie rozprostowało nogi.- Pięknie. Jest taka sprawa, że muszę się jak najszybciej dostać do Kaleodoru, ale...
"Nie znasz drogi? Chętnie pomogę. Ale czy mógłbym ci dłużej towarzyszyć?"
- To będzie dla mnie zaszczyt- dygnęła z gracją.
"Wspaniale! Tavharion"- brązowy arab wystąpił z szeregu.-"Teraz ty zajmiesz się stadem. Jakby coś się działo wezwij mnie"- Tavharion potulnie się skłonił i wycofał.- "Pani, wskakuj na mój grzbiet. Kierunek Kaleodor!"- zarżał.
Jason
Usiadł na pobliskim kamieniu. Patrzył w dal, tam, gdzie uciekła Annabeth. Wyjął z plecaka patyk z tamtego magicznego miejsca nad jeziorem.
"Możesz zrobić z tego wszystko"- mówiła Ann.
Nie wyjaśnił jej wszystkiego. Kim jest, co się stało. Huragan podszedł do niego.
-Tylko ty mi zostałeś- poklepał go po dziobie.
Gryf również spojrzał w dal, jakby kogoś szukał. Położył się i spuścił łeb.
-Hej, stary! Ty jej prawie nie znałeś!- Huragan żałośnie zaskrzeczał.- No błagam cię!
Stworzenie posłało mu spojrzenie typu "Nic nie rozumiesz".
-Chyba musimy ruszać. To, że połowa grupy się wyłamała, nie znaczy, że misja się nie powiodła. Nasza przygoda dopiero się zaczęła. Mam nadzieję, że mogę na tobie polecieć- gryf uniósł głowę, jak pies, który słyszy słowo "spacer".
Zerwał się na równe nogi i nagle wydał się bardzo szczęśliwy, jakby nic się nie stało. Pochylił się, zapraszając chłopaka na swój grzbiet. Jason wszedł na niego niepewnie. Nigdy\nie latał.
-Kierunek: Kaleodor. Cel: Uratować królestwo Ezreal- powiedział i wzbili się w powietrze.
wtorek, 22 stycznia 2013
Rozdział 7- Wypadek, który niszczy wszystko.
Noooo... Parę osób mnie zabije xD Enjoy!
Jason odprowadził ją do domu. W zamyśleniu pożegnał się z nią i poszedł w swoją stronę.
Annabeth niedługo po tym pogrążyła się we śnie. Znów widziała tylko czarną przestrzeń. Zbudziła się o brzasku. Ku jej zdziwieniu, Amon ie wylegiwał się u jej boku.
"może poszedł do lasu? Na pewno wróci."- pocieszała się.
Prędko się spakowała. Wiedziała dobrze, co może jej się przydać. Oczywiście, w ekwipunku nie zabrakło jej łuku i miecza.
Popędziła do Jasona. Stała przed drzwiami dobre dwadzieścia minut i nikt nie odpowiadał. Dziwiła się, że wyruszył bez niej.
Wypytała mieszkańców o drogę do Kaleodoru. można by pomyśleć, że ona musiała zwiedzić już mnóstwo zakątków ziemi. Znała się na prawie wszystkim. Ale prawda jest taka, że nigdy nie wyściubiła nosa dalej, niż na kraniec lasu. Pobiegła ścieżką wskazaną przez mieszkających tam ludzi.
"Może go dogonię."- myślała.
Nagle zatrzymała się. Usłyszała skowyt. Jakieś pięć metrów przed nią zobaczyła Jasona. Podeszła do niego i chwyciła go za ramię.
-Czemu wyruszyłeś beze mnie?- spytała.
-Annabeth. Zostaw mnie- powiedział rozkazująco. Cofnęła rękę.
-Co tu jest grane?
-Hybroimfy. To wszystko przez nie. Ogłupiły mnie. Nie chciałem. Teraz muszę odejść. Nie mogę narażać cię na niebezpieczeństwo...- próbował się tłumaczyć.
-Co zrobiłeś?!- warknęła zdenerwowana.
-Amon- spojrzał w stronę, z której dobiegał skowyt.
Annabeth stanęła jak wryta. Popatrzyła na niego oczami pełnymi żalu. Obawiała się najgorszego. Ze szlochem pobiegła do swojego wilczego przyjaciela.
Amon leżał bezwładnie na trawie. Z jego boku sączyła się złota krew, tak jak wtedy, kiedy go uratowała.
Uklęknęła przy nim. Zerwała kawałek rośliny leczniczej, która akurat tam rosła. Przyłożyła ją do rany.
"Nie, pani"- usłyszała w swoich myślach.-" Raz już mnie uratowałaś. Zbyt dużo mej krwi się przelało. Musisz pozwolić mi umrzeć."
- Nie - wyszeptała.- Nie możesz zginąć. Musi być jakiś sposób...
"Pani, pozwól mi umrzeć. To jedyne co możesz dla mnie zrobić. Oprócz tego, że moją ostatnią wolą jest to, że chcę byś była przy mnie, gdy ma dusza ucieknie do góry."
- Amonie, nie! - jego łeb opadł na jej kolana. Łzy spływały jej na policzek.
Chwilę potem podszedł do niej Jason. Wyglądał na zmieszanego.
-Ann, ja naprawdę nie chciałem. One mnie skusiły, uwiodły... Nie mogłem nic na to poradzić. Proszę...
-...wybacz mi, tak? Za kogo ty się uważasz?- wściekła otarła ostatnią łzę.
-Ja...
- Och, tak na pewno. TY nie chciałeś. Normalne. Tyle, że gdybyś nie wiedział, zabiłeś część mojej duszy. Nie będę już nigdy tą samą osobą, póki nie spotkam znów Amona. Gdziekolwiek by to nie było. Przykro mi. Miałam nadzieję, że spotkałam wreszcie kogoś, kto nie okaże się totalnym chamem. Wiesz co? Powiem ci coś. Tak szczerze, bo muszę z siebie wyrzucić ostatnie miłe myśli co do ciebie. Kochałam cię. Byłeś jedyną osobą, którą szczerze kochałam. Nawet moi rodzice nie byli tak blisko mnie. A ty i tak okazałeś się zdrajcą. Jak mogłeś?! Jeszcze wczoraj byłeś taki kochany i troskliwy. A dzisiaj...- wzięła głęboki wdech- zawiodłam się na tobie.
Chyba każdy człowiek wie, że najgorsze co może zrobić ci osoba, z którą coś cię łączy, to powiedzenie tych trzech słów: "Zawiodłam się na tobie.". Te słowa ugodziły Jasona prosto w serce. Wiedział, że zawinił. Ale ciągle miał nadzieję. Wraz z tymi słowami, Annabeth wypuściła z jego wnętrza tą resztkę nadziei. Czuł, że nie ma sensu już dalej walczyć. Poddał się.
- Czyli koniec naszej znajomości- Ann kiwnęła głową.- Więc żegnaj, przyjaciółko.
-Nie nazywaj mnie tak- burknęła.
-Chcę tylko, żebyś wiedziała, że nie chciałem takiego zakończenia...
-Myślisz, że ja chciałam? Z resztą nie ważne. Było, minęło.- przerwała mu.
-...i zawsze będę o tobie pamiętał. Jako najcudowniejszej osobie jaką mógłbym kiedykolwiek poznać, jako ideał. I będę do końca życia ubolewać nad tym, że musieliśmy rozejść się w swoje strony, już nigdy się nie zobaczyć. Skoro nić naszego zaufania została przecięta, nie mogę nic więcej zrobić, niż powiedzieć ci: szczęśliwej podróży - Annabeth na chwilę spojrzała w jego oczy tak, jakby chciała zapamiętać ten widok, który zostanie jej odebrany. Jason to przyuważył i dziewczyna opuściła wzrok.
-Nawzajem- odpowiedziała i odeszła. Chłopak usłyszał tylko jak dziewczyna mruczy pod nosem:
-Albo lepiej utop się w Salvagorze*.
Oparł się o drzewo i myślał o tym, co teraz zrobi. Zdecydował się przenocować w miejscu, w którym stał. Chciał poczekać z tym wszystkim i ochłonąć do rana. Nadal nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Powieki zaczęły mu ciążyć. Powoli zapadł w sen.
*Salvagor- największa rzeka przepływająca przez królestwo Ezreal.
I jak wrażenia ? Jestem okrutna :D
Jason odprowadził ją do domu. W zamyśleniu pożegnał się z nią i poszedł w swoją stronę.
Annabeth niedługo po tym pogrążyła się we śnie. Znów widziała tylko czarną przestrzeń. Zbudziła się o brzasku. Ku jej zdziwieniu, Amon ie wylegiwał się u jej boku.
"może poszedł do lasu? Na pewno wróci."- pocieszała się.
Prędko się spakowała. Wiedziała dobrze, co może jej się przydać. Oczywiście, w ekwipunku nie zabrakło jej łuku i miecza.
Popędziła do Jasona. Stała przed drzwiami dobre dwadzieścia minut i nikt nie odpowiadał. Dziwiła się, że wyruszył bez niej.
Wypytała mieszkańców o drogę do Kaleodoru. można by pomyśleć, że ona musiała zwiedzić już mnóstwo zakątków ziemi. Znała się na prawie wszystkim. Ale prawda jest taka, że nigdy nie wyściubiła nosa dalej, niż na kraniec lasu. Pobiegła ścieżką wskazaną przez mieszkających tam ludzi.
"Może go dogonię."- myślała.
Nagle zatrzymała się. Usłyszała skowyt. Jakieś pięć metrów przed nią zobaczyła Jasona. Podeszła do niego i chwyciła go za ramię.
-Czemu wyruszyłeś beze mnie?- spytała.
-Annabeth. Zostaw mnie- powiedział rozkazująco. Cofnęła rękę.
-Co tu jest grane?
-Hybroimfy. To wszystko przez nie. Ogłupiły mnie. Nie chciałem. Teraz muszę odejść. Nie mogę narażać cię na niebezpieczeństwo...- próbował się tłumaczyć.
-Co zrobiłeś?!- warknęła zdenerwowana.
-Amon- spojrzał w stronę, z której dobiegał skowyt.
Annabeth stanęła jak wryta. Popatrzyła na niego oczami pełnymi żalu. Obawiała się najgorszego. Ze szlochem pobiegła do swojego wilczego przyjaciela.
Amon leżał bezwładnie na trawie. Z jego boku sączyła się złota krew, tak jak wtedy, kiedy go uratowała.
Uklęknęła przy nim. Zerwała kawałek rośliny leczniczej, która akurat tam rosła. Przyłożyła ją do rany.
"Nie, pani"- usłyszała w swoich myślach.-" Raz już mnie uratowałaś. Zbyt dużo mej krwi się przelało. Musisz pozwolić mi umrzeć."
- Nie - wyszeptała.- Nie możesz zginąć. Musi być jakiś sposób...
"Pani, pozwól mi umrzeć. To jedyne co możesz dla mnie zrobić. Oprócz tego, że moją ostatnią wolą jest to, że chcę byś była przy mnie, gdy ma dusza ucieknie do góry."
- Amonie, nie! - jego łeb opadł na jej kolana. Łzy spływały jej na policzek.
Chwilę potem podszedł do niej Jason. Wyglądał na zmieszanego.
-Ann, ja naprawdę nie chciałem. One mnie skusiły, uwiodły... Nie mogłem nic na to poradzić. Proszę...
-...wybacz mi, tak? Za kogo ty się uważasz?- wściekła otarła ostatnią łzę.
-Ja...
- Och, tak na pewno. TY nie chciałeś. Normalne. Tyle, że gdybyś nie wiedział, zabiłeś część mojej duszy. Nie będę już nigdy tą samą osobą, póki nie spotkam znów Amona. Gdziekolwiek by to nie było. Przykro mi. Miałam nadzieję, że spotkałam wreszcie kogoś, kto nie okaże się totalnym chamem. Wiesz co? Powiem ci coś. Tak szczerze, bo muszę z siebie wyrzucić ostatnie miłe myśli co do ciebie. Kochałam cię. Byłeś jedyną osobą, którą szczerze kochałam. Nawet moi rodzice nie byli tak blisko mnie. A ty i tak okazałeś się zdrajcą. Jak mogłeś?! Jeszcze wczoraj byłeś taki kochany i troskliwy. A dzisiaj...- wzięła głęboki wdech- zawiodłam się na tobie.
Chyba każdy człowiek wie, że najgorsze co może zrobić ci osoba, z którą coś cię łączy, to powiedzenie tych trzech słów: "Zawiodłam się na tobie.". Te słowa ugodziły Jasona prosto w serce. Wiedział, że zawinił. Ale ciągle miał nadzieję. Wraz z tymi słowami, Annabeth wypuściła z jego wnętrza tą resztkę nadziei. Czuł, że nie ma sensu już dalej walczyć. Poddał się.
- Czyli koniec naszej znajomości- Ann kiwnęła głową.- Więc żegnaj, przyjaciółko.
-Nie nazywaj mnie tak- burknęła.
-Chcę tylko, żebyś wiedziała, że nie chciałem takiego zakończenia...
-Myślisz, że ja chciałam? Z resztą nie ważne. Było, minęło.- przerwała mu.
-...i zawsze będę o tobie pamiętał. Jako najcudowniejszej osobie jaką mógłbym kiedykolwiek poznać, jako ideał. I będę do końca życia ubolewać nad tym, że musieliśmy rozejść się w swoje strony, już nigdy się nie zobaczyć. Skoro nić naszego zaufania została przecięta, nie mogę nic więcej zrobić, niż powiedzieć ci: szczęśliwej podróży - Annabeth na chwilę spojrzała w jego oczy tak, jakby chciała zapamiętać ten widok, który zostanie jej odebrany. Jason to przyuważył i dziewczyna opuściła wzrok.
-Nawzajem- odpowiedziała i odeszła. Chłopak usłyszał tylko jak dziewczyna mruczy pod nosem:
-Albo lepiej utop się w Salvagorze*.
Oparł się o drzewo i myślał o tym, co teraz zrobi. Zdecydował się przenocować w miejscu, w którym stał. Chciał poczekać z tym wszystkim i ochłonąć do rana. Nadal nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Powieki zaczęły mu ciążyć. Powoli zapadł w sen.
*Salvagor- największa rzeka przepływająca przez królestwo Ezreal.
I jak wrażenia ? Jestem okrutna :D
niedziela, 20 stycznia 2013
Rozdział 6- "Tylko tego nam brakowało!"
Hejoł!
Macie następny rozdział. Nie wiem czy będzie długi, bo jestem u mojej przyjaciółki na noclegu. Enjoy:D
Byli już oddaleni od siebie o centymetr. Gdy nagle zza drzew wyskoczyły zakapturzone postacie na wilkach.
- No super. Tylko tego nam brakowało!- wykrzyknął Jason.
- Kojarzysz tych gości?
-Tak jakby... Mroczni jeźdźcy. Nie mamy szans. Oni są nieumarli. Coś w stylu zombie- powiedział.
- No to super. Odwróć ich uwagę, a mi daj minutę.
-Ok...- oddaliła się w przeciwną stronę mamrocząc coś do siebie.
Jason został sam. Jego mózg myślał na najwyższych obrotach.
"Już czas"- usłyszał w swoich myślach.
- No dobra. Siema straszaki! - wszystkie upiorne postacie zwróciły głowy w jego stronę.- Emmm... Jak wasze czaszki?
Jeden z nich zdjął kaptur z głowy i Jason zobaczył.... nicość.
- Aha. Czyli nie macie czaszek. To może... Jak tam z waszymi kapturami?Wiecie, bo są naprawdę stylowe. A wygodne?- kilku z nich zaczęło wyraźne się puszyć. Gładzili swoje kaptury z wyraźną dumą. Jason wiedział, że musi wykorzystać tę okazję. Niezauważenie potarł swój znak na dłoni. I usłyszał donośny skrzek.
Popatrzył w górę. Nad nim szybował ogromny, majestatyczny, śnieżny gryf. Lądując mrugnął do niego swoim wielkim, zielonym okiem. Kiedy jego łapy dotknęły ziemi, podszedł do chłopaka i delikatnie trącił go w rękę, jakby chciał powiedzieć: "Cześć. Wzywałeś mnie?". Jason wpatrywał się w niego z rozdziawioną buzią.
- W jaki sposób ja o tobie nie wiedziałem?!- powiedział z nutką irytacji. Stworzenie przewróciło wymownie oczami.- Niech no zgadnę... Długa historia.
Gryf pokiwał głową i wskazał łapą na jeźdźców. Nadal byli oszołomieni, ale Jason wiedział, że to nie potrwa długo. Kiwnął mu, na znak by rozpoczął atak. Nie wiele myśląc, porwał z ziemi jakiś patyk i zaczął dźgać nim mrocznych jeźdźców. Dziwił się, że pomimo tego, że nie mieli zbytnio ciał, to i tak ich to bolało. W końcu wybili razem z Huraganem (bo tak nazwał gryfa) wszystkie nieprzyjazne postacie.
Nagle obok niego zmaterializowała się Annabeth. Obok jej nogi dyszał Amon.
- Hej. Widzę, że trochę mnie ominęło - powiedziała.
-Och, Annabeth. Pewnie zaraz się spytasz jak ja to zrobiłem? Otóż... Nie wiem. Po prostu instynktownie potarłem dłoń i przyleciał. Nazywa się Huragan.
-Znasz go od kilku minut i dałeś mu już imię? Wow- poklepała Huragana po dziobie. - A co do tamtego co...
-Nie, Ann - przerwał jej.- Nie mamy czasu. Musimy koniecznie się stąd wynosić.
Annabeth wyglądała na trochę rozczarowaną, ale potaknęła.
- To prawda. Czy one... znaczy potwory. Czy one nas czują? - spytała.
- Nie wiem. Jestem w tym wszystkim zagubiony tak samo jak ty - Ann nadal wyglądała słabo. Poklepał ją po ramieniu. - Hej, wszystko będzie dobrze. Dopóki będziemy działać wspólnie, nic nam nie grozi. A tak wgl, to czemu nie zaczęłaś strzelać do nich z łuku?
-Ech... Sama nie wiem. Miałam przeczucie, że to by im nic nie zrobiło- westchnęła.
- Wiesz, ja ich zadźgałem patykiem - zauważył.
-Ale to miejsce... Jest tak jakby magiczne. Ja to czuję. Możliwe, że zwyczajny patyk stąd, jest mocniejszy niż mój łuk. Gdybyś go zaostrzył, to mógłby ci posłużyć za broń.
-Ale to patyk...
- Człowieku! A myślałam, że to ja nie mam w ogóle wyobraźni. Możesz z niego zrobić co tylko chcesz. Laskę szamana, włócznię... Cokolwiek.
- Złościsz się, bo nam się nie udało? Ci mroczni jeźdźcy zepsuli nam cały dzień. Rozumiem, że możesz mieć o to żal..
-Nie- przerwała mu.- To znaczy... Jest mi przykro, ale tu chodzi o to wszystko. Czemu los nie mógł wybrać sobie inne worki treningowe?
-Tak ma być. Niestety, ale tego już nie zmienisz. Może pisane nam jest zginąć, a może zwyciężyć. Cokolwiek ma się zdarzyć, tylko my mamy szanse uratować królestwo, a może nawet świat. W Kaleodorze dowiemy się wszystkiego. A teraz odprowadzę cię do domu, bo chyba na dziś masz już za dużo wrażeń.
Nie jest długi, ale jest :D Nie miałam zbytnio weny, a wiedziałam, że byłoby nie fair gdybym nie opublikowała tego posta. Więc... Cieszcie się i radujcie xD
Bai!
Macie następny rozdział. Nie wiem czy będzie długi, bo jestem u mojej przyjaciółki na noclegu. Enjoy:D
Byli już oddaleni od siebie o centymetr. Gdy nagle zza drzew wyskoczyły zakapturzone postacie na wilkach.
- No super. Tylko tego nam brakowało!- wykrzyknął Jason.
- Kojarzysz tych gości?
-Tak jakby... Mroczni jeźdźcy. Nie mamy szans. Oni są nieumarli. Coś w stylu zombie- powiedział.
- No to super. Odwróć ich uwagę, a mi daj minutę.
-Ok...- oddaliła się w przeciwną stronę mamrocząc coś do siebie.
Jason został sam. Jego mózg myślał na najwyższych obrotach.
"Już czas"- usłyszał w swoich myślach.
- No dobra. Siema straszaki! - wszystkie upiorne postacie zwróciły głowy w jego stronę.- Emmm... Jak wasze czaszki?
Jeden z nich zdjął kaptur z głowy i Jason zobaczył.... nicość.
- Aha. Czyli nie macie czaszek. To może... Jak tam z waszymi kapturami?Wiecie, bo są naprawdę stylowe. A wygodne?- kilku z nich zaczęło wyraźne się puszyć. Gładzili swoje kaptury z wyraźną dumą. Jason wiedział, że musi wykorzystać tę okazję. Niezauważenie potarł swój znak na dłoni. I usłyszał donośny skrzek.
Popatrzył w górę. Nad nim szybował ogromny, majestatyczny, śnieżny gryf. Lądując mrugnął do niego swoim wielkim, zielonym okiem. Kiedy jego łapy dotknęły ziemi, podszedł do chłopaka i delikatnie trącił go w rękę, jakby chciał powiedzieć: "Cześć. Wzywałeś mnie?". Jason wpatrywał się w niego z rozdziawioną buzią.
- W jaki sposób ja o tobie nie wiedziałem?!- powiedział z nutką irytacji. Stworzenie przewróciło wymownie oczami.- Niech no zgadnę... Długa historia.
Gryf pokiwał głową i wskazał łapą na jeźdźców. Nadal byli oszołomieni, ale Jason wiedział, że to nie potrwa długo. Kiwnął mu, na znak by rozpoczął atak. Nie wiele myśląc, porwał z ziemi jakiś patyk i zaczął dźgać nim mrocznych jeźdźców. Dziwił się, że pomimo tego, że nie mieli zbytnio ciał, to i tak ich to bolało. W końcu wybili razem z Huraganem (bo tak nazwał gryfa) wszystkie nieprzyjazne postacie.
Nagle obok niego zmaterializowała się Annabeth. Obok jej nogi dyszał Amon.
- Hej. Widzę, że trochę mnie ominęło - powiedziała.
-Och, Annabeth. Pewnie zaraz się spytasz jak ja to zrobiłem? Otóż... Nie wiem. Po prostu instynktownie potarłem dłoń i przyleciał. Nazywa się Huragan.
-Znasz go od kilku minut i dałeś mu już imię? Wow- poklepała Huragana po dziobie. - A co do tamtego co...
-Nie, Ann - przerwał jej.- Nie mamy czasu. Musimy koniecznie się stąd wynosić.
Annabeth wyglądała na trochę rozczarowaną, ale potaknęła.
- To prawda. Czy one... znaczy potwory. Czy one nas czują? - spytała.
- Nie wiem. Jestem w tym wszystkim zagubiony tak samo jak ty - Ann nadal wyglądała słabo. Poklepał ją po ramieniu. - Hej, wszystko będzie dobrze. Dopóki będziemy działać wspólnie, nic nam nie grozi. A tak wgl, to czemu nie zaczęłaś strzelać do nich z łuku?
-Ech... Sama nie wiem. Miałam przeczucie, że to by im nic nie zrobiło- westchnęła.
- Wiesz, ja ich zadźgałem patykiem - zauważył.
-Ale to miejsce... Jest tak jakby magiczne. Ja to czuję. Możliwe, że zwyczajny patyk stąd, jest mocniejszy niż mój łuk. Gdybyś go zaostrzył, to mógłby ci posłużyć za broń.
-Ale to patyk...
- Człowieku! A myślałam, że to ja nie mam w ogóle wyobraźni. Możesz z niego zrobić co tylko chcesz. Laskę szamana, włócznię... Cokolwiek.
- Złościsz się, bo nam się nie udało? Ci mroczni jeźdźcy zepsuli nam cały dzień. Rozumiem, że możesz mieć o to żal..
-Nie- przerwała mu.- To znaczy... Jest mi przykro, ale tu chodzi o to wszystko. Czemu los nie mógł wybrać sobie inne worki treningowe?
-Tak ma być. Niestety, ale tego już nie zmienisz. Może pisane nam jest zginąć, a może zwyciężyć. Cokolwiek ma się zdarzyć, tylko my mamy szanse uratować królestwo, a może nawet świat. W Kaleodorze dowiemy się wszystkiego. A teraz odprowadzę cię do domu, bo chyba na dziś masz już za dużo wrażeń.
Nie jest długi, ale jest :D Nie miałam zbytnio weny, a wiedziałam, że byłoby nie fair gdybym nie opublikowała tego posta. Więc... Cieszcie się i radujcie xD
Bai!
środa, 16 stycznia 2013
Rozdział 5- "...tak jakby ktoś zrobił to specjalnie dla nas..."
Hejka!
Kolejny rozdział :D Dedykacja dla Jagody, która umarłaby gdybym nie opisała nigdy tej...tego spotkania ;)
"O mój boże... Ona wygląda jak bogini."- pomyślał Jason.
I rzeczywiście tak było. Annabeth niespecjalnie starała się wyglądać wspaniale, ale tak jakoś wyszło. Miała na sobie smukłą, czarną sukienkę z przyszytą pod ramiączkiem piękną, materiałową różą. Jej jak zwykle rozpuszczone włosy, opadały falami na ramiona. Obdarzyła go uśmiechem. Jason zauważył że mimo wszystko Ann nie zdjęła swoich znoszonych kozaków. Teraz już totalnie zdał sobie sprawę, że nie trzeba robić nie wiadomo co, żeby wyglądać przepięknie. Wystarczy wyglądać naturalnie. A w dodatku to przecież ona. Najbardziej zwinna, świetnie strzelająca z łuku, smukła, naturalna i szczera dziewczyna pod słońcem. Wydawało mu się, że ona jest po prostu idealna. I nie patrzył, tak jak wielu, głównie na jej wygląd. Oczywiście to jak najbardziej mu się podobało, ale tutaj chodziło o charakter. Z jednej strony otwarta, z drugiej kompletnie zamknięta w sobie. Troskliwa, przyjacielska, skromna (raczej) i samo to, że ona to ona, mu wystarczyło.
Nagle zdał sobie sprawę, że stoi na środku pokoju i gapi się na nią. Próbował coś wyjąkać, że przeprasza, że coś mu odbiło i że pięknie wygląda, ale ona wiedziała o co mu chodziło. Roześmiała się tylko i powiedziała:
-No to jak, blondynasku? Zabierasz mnie ze sobą czy mam iść sama?
Opamiętał się.
- Och. Ekhem. Oczywiście, że biorę cię ze sobą. Inaczej byłby to dzień stracony - wyciągnął do niej otwartą dłoń. Ku jego zdziwieniu bez żadnego oporu czy wyśmiania go, chwyciła ją.
-No to prowadź, Jason- powiedziała.
"Zaraz. Chwileczkę. CZY ONA POWIEDZIAŁA DO MNIE PO IMIENIU?!"- chłopak był zaskoczony tym jeszcze bardziej niż faktem, że ujęła jego dłoń.
Z jakimś wymruczanym "Tak, tak. Oczywiście.", otworzył jej drzwi i wyszli na zewnątrz.
Tutejsze bory były tak cudowne, że bez zastanowienia pociągnął ją za sobą do "Tego Miejsca". Obiecywał sobie, że nikomu nigdy go nie pokaże. Chyba, że komuś komu ufa bezgranicznie mimo, że zna tą osobę zaledwie dobę. Po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że biegnie. A za nim, z uśmiechem na ustach, pędziła Annabeth.
-Gdzie ci się tak śpieszy, blondynasku?
-Tajemnica.
-No to mnie zaskocz! - puściła mu oczko.
Jason uważał to za szczyt słodkości, ale nie chciał się zatrzymać. Czuł, że musi lecieć dalej. Odpocznie dopiero kiedy dobiegną do celu.
Wiedział, że będzie warto. Zwolnił trochę i rozchylił krzewy, które były ostatnią przeszkodą dzielącą ich od "Tego Miejsca".
-Wow - powiedziała to, bo to jedyne co mogła z siebie wydusić.
Przed nią rozlegał się najpiękniejszy krajobraz na ziemi. Było to najczystsze, srebrzące się jezioro jakie kiedykolwiek widziała, otoczone nie za wysokimi pagórkami (dziwne, że nie było ich wcześniej widać). Wokoło rosło mnóstwo roślin, przechadzały się przeróżne zwierzęta. Tu było tak...Przecudownie, cicho, romantycznie...
-Och, Jason...- nie dokończyła, ponieważ chłopak położył palec na jej ustach.
-Ciiii. Nic nie mów. I tak wiem co byś powiedziała.
-Ale Jason... Czy ja jestem pierwszą osobą, która ujrzała ten raj?
-Tak jakby. Oprócz mnie, oczywiście.
-O mój Boże... Jesteś taki kochany! - zarzuciła mu ręce na szyi zanim zdała sobie sprawę, że to zrobiła. Nie protestował. Tak jakby właśnie na to liczył.
-Annabeth...Spójrz. Do góry. Tak jakby ktoś zrobił to specjalnie dla nas.- posłuchała się go i odlepiając się od niego popatrzyła na niebo. Nad ich głowami, pomimo tego, że był jeszcze dzień, utworzyły się nowe, skrzące konstelacje. Jedna z Annabeth celującą do Amona. Następna z kawałkiem jej snu o Jasonie. A na końcu ta, która pokazywała to co się zdarzyło przed chwilą.
Jason zobaczył, że w oku Ann pojawiła się łza wzruszenia.Pokiwała głowa.
-Wiesz co, blondynasku? - zaczęła.- Kiedyś nie miałam pojęcia nic o uczuciach. O wzruszeniu, smutku, przyjaźni lub o czymś więcej. I wiesz... Ty to zmieniłeś. To dzięki tobie na nowo odkrywam życie...
-Annabeth...
-Nie przerywaj mi. Chciałam ci tylko podziękować. Ale słowo "dziękuję" to za mało i pomyślałam, że...- zbliżyła się do niego.- powinnam zrobić coś więcej...
Widziała zaskoczenie w jego oczach.Ale nie był przeciwny temu, co miało się za chwilę przydarzyć. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to co się wtedy zdarzyło.
Buahahahahahaa. Jak wam się podoba?
Kolejny rozdział :D Dedykacja dla Jagody, która umarłaby gdybym nie opisała nigdy tej...tego spotkania ;)
"O mój boże... Ona wygląda jak bogini."- pomyślał Jason.
I rzeczywiście tak było. Annabeth niespecjalnie starała się wyglądać wspaniale, ale tak jakoś wyszło. Miała na sobie smukłą, czarną sukienkę z przyszytą pod ramiączkiem piękną, materiałową różą. Jej jak zwykle rozpuszczone włosy, opadały falami na ramiona. Obdarzyła go uśmiechem. Jason zauważył że mimo wszystko Ann nie zdjęła swoich znoszonych kozaków. Teraz już totalnie zdał sobie sprawę, że nie trzeba robić nie wiadomo co, żeby wyglądać przepięknie. Wystarczy wyglądać naturalnie. A w dodatku to przecież ona. Najbardziej zwinna, świetnie strzelająca z łuku, smukła, naturalna i szczera dziewczyna pod słońcem. Wydawało mu się, że ona jest po prostu idealna. I nie patrzył, tak jak wielu, głównie na jej wygląd. Oczywiście to jak najbardziej mu się podobało, ale tutaj chodziło o charakter. Z jednej strony otwarta, z drugiej kompletnie zamknięta w sobie. Troskliwa, przyjacielska, skromna (raczej) i samo to, że ona to ona, mu wystarczyło.
Nagle zdał sobie sprawę, że stoi na środku pokoju i gapi się na nią. Próbował coś wyjąkać, że przeprasza, że coś mu odbiło i że pięknie wygląda, ale ona wiedziała o co mu chodziło. Roześmiała się tylko i powiedziała:
-No to jak, blondynasku? Zabierasz mnie ze sobą czy mam iść sama?
Opamiętał się.
- Och. Ekhem. Oczywiście, że biorę cię ze sobą. Inaczej byłby to dzień stracony - wyciągnął do niej otwartą dłoń. Ku jego zdziwieniu bez żadnego oporu czy wyśmiania go, chwyciła ją.
-No to prowadź, Jason- powiedziała.
"Zaraz. Chwileczkę. CZY ONA POWIEDZIAŁA DO MNIE PO IMIENIU?!"- chłopak był zaskoczony tym jeszcze bardziej niż faktem, że ujęła jego dłoń.
Z jakimś wymruczanym "Tak, tak. Oczywiście.", otworzył jej drzwi i wyszli na zewnątrz.
Tutejsze bory były tak cudowne, że bez zastanowienia pociągnął ją za sobą do "Tego Miejsca". Obiecywał sobie, że nikomu nigdy go nie pokaże. Chyba, że komuś komu ufa bezgranicznie mimo, że zna tą osobę zaledwie dobę. Po jakimś czasie zdał sobie sprawę, że biegnie. A za nim, z uśmiechem na ustach, pędziła Annabeth.
-Gdzie ci się tak śpieszy, blondynasku?
-Tajemnica.
-No to mnie zaskocz! - puściła mu oczko.
Jason uważał to za szczyt słodkości, ale nie chciał się zatrzymać. Czuł, że musi lecieć dalej. Odpocznie dopiero kiedy dobiegną do celu.
Wiedział, że będzie warto. Zwolnił trochę i rozchylił krzewy, które były ostatnią przeszkodą dzielącą ich od "Tego Miejsca".
-Wow - powiedziała to, bo to jedyne co mogła z siebie wydusić.
Przed nią rozlegał się najpiękniejszy krajobraz na ziemi. Było to najczystsze, srebrzące się jezioro jakie kiedykolwiek widziała, otoczone nie za wysokimi pagórkami (dziwne, że nie było ich wcześniej widać). Wokoło rosło mnóstwo roślin, przechadzały się przeróżne zwierzęta. Tu było tak...Przecudownie, cicho, romantycznie...
-Och, Jason...- nie dokończyła, ponieważ chłopak położył palec na jej ustach.
-Ciiii. Nic nie mów. I tak wiem co byś powiedziała.
-Ale Jason... Czy ja jestem pierwszą osobą, która ujrzała ten raj?
-Tak jakby. Oprócz mnie, oczywiście.
-O mój Boże... Jesteś taki kochany! - zarzuciła mu ręce na szyi zanim zdała sobie sprawę, że to zrobiła. Nie protestował. Tak jakby właśnie na to liczył.
-Annabeth...Spójrz. Do góry. Tak jakby ktoś zrobił to specjalnie dla nas.- posłuchała się go i odlepiając się od niego popatrzyła na niebo. Nad ich głowami, pomimo tego, że był jeszcze dzień, utworzyły się nowe, skrzące konstelacje. Jedna z Annabeth celującą do Amona. Następna z kawałkiem jej snu o Jasonie. A na końcu ta, która pokazywała to co się zdarzyło przed chwilą.
Jason zobaczył, że w oku Ann pojawiła się łza wzruszenia.Pokiwała głowa.
-Wiesz co, blondynasku? - zaczęła.- Kiedyś nie miałam pojęcia nic o uczuciach. O wzruszeniu, smutku, przyjaźni lub o czymś więcej. I wiesz... Ty to zmieniłeś. To dzięki tobie na nowo odkrywam życie...
-Annabeth...
-Nie przerywaj mi. Chciałam ci tylko podziękować. Ale słowo "dziękuję" to za mało i pomyślałam, że...- zbliżyła się do niego.- powinnam zrobić coś więcej...
Widziała zaskoczenie w jego oczach.Ale nie był przeciwny temu, co miało się za chwilę przydarzyć. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to co się wtedy zdarzyło.
Buahahahahahaa. Jak wam się podoba?
wtorek, 15 stycznia 2013
Rozdział 4- "A jeśli tu już nigdy nie wrócimy?"
Hejka!
Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Nie było mnie aż za długo. Ale chociaż doczekałam się 2 komentarzy ze strony osób, których nie znam. Tak Jagodo i Madziu. Mówię o was. I gdyby nie wy, możliwe, że chciałoby mi się dalej pisać. Ale teraz czuję się zobowiązana. Nadal mam zepsuty komputer, więc nie mogę obiecać, że posty będą dodawane regularnie. Ale się postaram! Nie przedłużając, zapraszam do czytania :D
"O boże. On... Znaczy się Jason, był taki uroczy! To miłe, że mnie pocieszył i nie wyśmiał mnie. Ale coś przede mną ukrywa. Na pewno nie to co się stało z nami w jego śnie. Wiem, że to było coś...Eh, jakby to ująć... romantycznego. Jeszcze tego by brakowało! Zaraz. Czy ja właśnie o nim myślę?! Co się ze mną stało!"
Usiadła na snopku siana. Amon jak zwykle położył się przy jej wysokich, skórzanych kozakach. Nagle zdała sobie sprawę, że wilk z dziwnym spokojem znosi to, co inni ludzie robią środowisku. On, w pewnym sensie, był panem natury. I teraz przytulał się do jej kozaków, które w środku wyłożone były wilczym futrem.
"Może nie zdaje sobie z tego sprawy?"-pomyślała pełna nadziei, że rzeczywiście tak jest.
Słońca nie było już widać. Niebo powoli zaczęło otulać się ciemną kołdrą. Annabeth chciała zostać, ale wiedziała, że już na nich pora. Niedługo rozpocznie się ostatni dzień spędzony tutaj, w jej miasteczku. Nigdy nie była do niego zbytnio przywiązana, ale mimo wszystko to jej dom. Miała Jasona. I tylko to ją powstrzymywało od olania tych wszystkich snów i misji. Pierwszy raz coś takiego poczuła. Czuła, że na kimś jej zależy. A tą osobą z pewnością był Jason. Pomimo tego, że z rodzicami spędziła wiele lat swojego życia, a jego znała od zaledwie godziny, bardziej martwiłaby się o niego niż o nich.
"To dziwne, wiem. I całkiem nienormalne. Ale co mam poradzić na to, że coś do niego czuję?"
-Amonie?- spytała.
"Tak, pani?"
- A jeśli tu już nigdy nie wrócimy? Co się z tym pięknym miejscem stanie?
"Nie dopuszczam do siebie tej myśli, pani. Przydałby ci się sen. Jesteś zmęczona."
- Już nigdy więcej nie zasnę! Nie mam zamiaru mieć więcej proroczych snów! Chyba, że śniłby mi się Jason... Nie słyszałeś tego. Nic nie pamiętasz...
"Pani, jestem dyskretny. Jason nie dowie się o tym. Będziesz pierwszą osobą, która mu o tym powie."
Kiedy to powiedział, zdała sobie sprawę, jakie głupstwo palnęła.No bo przecież, on może kontaktować się tylko i wyłącznie z nią. Chyba, że ktoś czytałby jej w myślach. Ale nie była pewna, czy i wtedy mógłby usłyszeć głos Amona. Bez słowa podniosła się i ruszyła do domu. Wilk cicho truchtał obok niej.
Położyła się na swoim posłaniu i zasnęła. Ku jej zdziwieniu nic jej się nie śniło. Tylko wielka czarna plama. Obudziły ją czule muskające jej policzki promyki słońca. Amon leżał wtulony do jej piersi cicho sapiąc. Albo jej się zdawało albo jej futrzany przyjaciel się uśmiechał. O ile oczywiście wilki mogą się uśmiechać. Cicho powiedziała do niego "Dziękuję ci. Za dyskrecję, za twoje absolutne oddanie i za... po prostu wszystko".
"Nie ma sprawy, szefowo."
Kompletnie ją zaskoczył. Była pewna, że śpi. Ale to ją najmniej zaskoczyło. Jak tylko przetarła oczy przed sobą zobaczyła ten sam śnieżnobiały uśmiech, co wczoraj na twarzy Jasona.
-Jason? Ale jak to? Co jest? O co biega? Co, gdzie, jak, kiedy?
- Spokojnie, piękna dziewczyno, która zaraz mnie zdzieli po łbie, że do niej przyszedłem - znów się uśmiechnął. Nie była w stanie się na niego gniewać.- Strasznie ci przeszkadzam?
Niepewnie przeniosła się z pozycji leżącej do pozycji siedzącej.
-Ale... Czy coś się stało? No bo wiesz... Pierwszy raz jakiś młody chłopak ze zbytnio szczerym uśmiechem, który mówi zaspanej dziewczynie, że jest piękna, co jest kompletnym absurdem, włamuje się do mojego domu...
- Och, madame. Przepraszam za to nieporozumienie. Ze mną wszystko w porządku. Oprócz tego, że ześwirowałem na punkcie takiej jednej dziewczyny - ukłonił się przed Annabeth.
Czuła, że się absolutnie rumieni.
"Czy on właśnie nie wyznał mi tego co do mnie czuje? O matko jedyna! przecież to takie cudowne. Ale nie mogę się dać ponieść emocjom."- myślała przez dłuższą chwilę.
-Zejdź na ziemię, Ann. Wiesz jak trudno było cię znaleźć?
- Czekaj. Co ty tu właściwie robisz?- oprzytomniała.
- Pomyślałem, że skoro to nasz ostatni wolny dzień, to... No wiesz. Wyjdziemy gdzieś razem. Odstawiłbym cię do domu o 18:30 i zdążyłabyś się spokojnie spakować.
- Hm... Zaraz. Czy ty mnie właśnie zaprosiłeś na randkę?- była zaszokowana.
- Tak jakby. Tyle, że jesteś moją przyjaciółką, nie? Chyba, że...
-Och. Jeśli się zgodzę to przestaniesz bredzić?- przerwała mu. Nie przyswajała wiadomości, że może mógłby jej zaproponować bycie jego dziewczyną. Dopiero co się poznali. Wiedziała, że coś ją z nim łączy, ale nawet nie wiedziała co dokładniej znaczy słowo "miłość".
-Oczywiście, że tak.
-To daj mi się przyszykować! Rozejrzyj się czy coś tam. A ja pójdę się umyć.
- Wszystko co zechcesz, madame - znów się ukłonił.
-Ech. Pewnie nawet gdybym ci powiedziała, żebyś nie nazywał mnie per "madame", to i tak byś nie przestał?- powiedziała lekko znudzona.
-Oczywiście, że nie przestanę, księżniczko lasu.
-KSIĘŻNICZKO LASU?! Czyś ty powariował?
-Lepiej już idź, Ann. Złość piękności szkodzi.
-Jakby mi jeszcze mogło coś zaszkodzić- mruknęła pod nosem.
-Słyszałem!
-Wypchaj się. Mogę się wreszcie umyć i przebrać?
-To rzecz oczywista, madame - dała mu kuksańca.
Z uśmiechem w oczach oddaliła się od niego, zabierając wszystkie potrzebne rzeczy.
"Tego, to ja się nie spodziewałam. Może go lepiej poznam?"
Hahahahaahhahahhaha! Jestem zła. Przerwałam akurat w takim momencie! Ale miałam z tym postem problem. Wykasowało mi się wszystko co napisałam. Strasznie się wystraszyłam, ale na szczęście zauważyłam, że jest taka opcja jak "cofnij" i "powtórz" . Inaczej to bym pewnie nie wytrzymała i rozwaliła monitor :D Mam nadzieję, że się podoba. Jakby co: pewnie przez prawie całą powieść będzie się rozwijał wątek Annabeth + Jason, więc jeśli ktoś ma coś przeciwko miłości, to jego problem. Oczywiście byłoby za pięknie i nie martwcie się, po udanym dniu (jak to ja), będę okrutna i ześlę na nich plagę gigantycznych i obślizgłych ślimaków ( nie, nie zrobię akurat TEGO. Ale coś tam na pewno będzie :P)
To bai!
Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Nie było mnie aż za długo. Ale chociaż doczekałam się 2 komentarzy ze strony osób, których nie znam. Tak Jagodo i Madziu. Mówię o was. I gdyby nie wy, możliwe, że chciałoby mi się dalej pisać. Ale teraz czuję się zobowiązana. Nadal mam zepsuty komputer, więc nie mogę obiecać, że posty będą dodawane regularnie. Ale się postaram! Nie przedłużając, zapraszam do czytania :D
"O boże. On... Znaczy się Jason, był taki uroczy! To miłe, że mnie pocieszył i nie wyśmiał mnie. Ale coś przede mną ukrywa. Na pewno nie to co się stało z nami w jego śnie. Wiem, że to było coś...Eh, jakby to ująć... romantycznego. Jeszcze tego by brakowało! Zaraz. Czy ja właśnie o nim myślę?! Co się ze mną stało!"
Usiadła na snopku siana. Amon jak zwykle położył się przy jej wysokich, skórzanych kozakach. Nagle zdała sobie sprawę, że wilk z dziwnym spokojem znosi to, co inni ludzie robią środowisku. On, w pewnym sensie, był panem natury. I teraz przytulał się do jej kozaków, które w środku wyłożone były wilczym futrem.
"Może nie zdaje sobie z tego sprawy?"-pomyślała pełna nadziei, że rzeczywiście tak jest.
Słońca nie było już widać. Niebo powoli zaczęło otulać się ciemną kołdrą. Annabeth chciała zostać, ale wiedziała, że już na nich pora. Niedługo rozpocznie się ostatni dzień spędzony tutaj, w jej miasteczku. Nigdy nie była do niego zbytnio przywiązana, ale mimo wszystko to jej dom. Miała Jasona. I tylko to ją powstrzymywało od olania tych wszystkich snów i misji. Pierwszy raz coś takiego poczuła. Czuła, że na kimś jej zależy. A tą osobą z pewnością był Jason. Pomimo tego, że z rodzicami spędziła wiele lat swojego życia, a jego znała od zaledwie godziny, bardziej martwiłaby się o niego niż o nich.
"To dziwne, wiem. I całkiem nienormalne. Ale co mam poradzić na to, że coś do niego czuję?"
-Amonie?- spytała.
"Tak, pani?"
- A jeśli tu już nigdy nie wrócimy? Co się z tym pięknym miejscem stanie?
"Nie dopuszczam do siebie tej myśli, pani. Przydałby ci się sen. Jesteś zmęczona."
- Już nigdy więcej nie zasnę! Nie mam zamiaru mieć więcej proroczych snów! Chyba, że śniłby mi się Jason... Nie słyszałeś tego. Nic nie pamiętasz...
"Pani, jestem dyskretny. Jason nie dowie się o tym. Będziesz pierwszą osobą, która mu o tym powie."
Kiedy to powiedział, zdała sobie sprawę, jakie głupstwo palnęła.No bo przecież, on może kontaktować się tylko i wyłącznie z nią. Chyba, że ktoś czytałby jej w myślach. Ale nie była pewna, czy i wtedy mógłby usłyszeć głos Amona. Bez słowa podniosła się i ruszyła do domu. Wilk cicho truchtał obok niej.
Położyła się na swoim posłaniu i zasnęła. Ku jej zdziwieniu nic jej się nie śniło. Tylko wielka czarna plama. Obudziły ją czule muskające jej policzki promyki słońca. Amon leżał wtulony do jej piersi cicho sapiąc. Albo jej się zdawało albo jej futrzany przyjaciel się uśmiechał. O ile oczywiście wilki mogą się uśmiechać. Cicho powiedziała do niego "Dziękuję ci. Za dyskrecję, za twoje absolutne oddanie i za... po prostu wszystko".
"Nie ma sprawy, szefowo."
Kompletnie ją zaskoczył. Była pewna, że śpi. Ale to ją najmniej zaskoczyło. Jak tylko przetarła oczy przed sobą zobaczyła ten sam śnieżnobiały uśmiech, co wczoraj na twarzy Jasona.
-Jason? Ale jak to? Co jest? O co biega? Co, gdzie, jak, kiedy?
- Spokojnie, piękna dziewczyno, która zaraz mnie zdzieli po łbie, że do niej przyszedłem - znów się uśmiechnął. Nie była w stanie się na niego gniewać.- Strasznie ci przeszkadzam?
Niepewnie przeniosła się z pozycji leżącej do pozycji siedzącej.
-Ale... Czy coś się stało? No bo wiesz... Pierwszy raz jakiś młody chłopak ze zbytnio szczerym uśmiechem, który mówi zaspanej dziewczynie, że jest piękna, co jest kompletnym absurdem, włamuje się do mojego domu...
- Och, madame. Przepraszam za to nieporozumienie. Ze mną wszystko w porządku. Oprócz tego, że ześwirowałem na punkcie takiej jednej dziewczyny - ukłonił się przed Annabeth.
Czuła, że się absolutnie rumieni.
"Czy on właśnie nie wyznał mi tego co do mnie czuje? O matko jedyna! przecież to takie cudowne. Ale nie mogę się dać ponieść emocjom."- myślała przez dłuższą chwilę.
-Zejdź na ziemię, Ann. Wiesz jak trudno było cię znaleźć?
- Czekaj. Co ty tu właściwie robisz?- oprzytomniała.
- Pomyślałem, że skoro to nasz ostatni wolny dzień, to... No wiesz. Wyjdziemy gdzieś razem. Odstawiłbym cię do domu o 18:30 i zdążyłabyś się spokojnie spakować.
- Hm... Zaraz. Czy ty mnie właśnie zaprosiłeś na randkę?- była zaszokowana.
- Tak jakby. Tyle, że jesteś moją przyjaciółką, nie? Chyba, że...
-Och. Jeśli się zgodzę to przestaniesz bredzić?- przerwała mu. Nie przyswajała wiadomości, że może mógłby jej zaproponować bycie jego dziewczyną. Dopiero co się poznali. Wiedziała, że coś ją z nim łączy, ale nawet nie wiedziała co dokładniej znaczy słowo "miłość".
-Oczywiście, że tak.
-To daj mi się przyszykować! Rozejrzyj się czy coś tam. A ja pójdę się umyć.
- Wszystko co zechcesz, madame - znów się ukłonił.
-Ech. Pewnie nawet gdybym ci powiedziała, żebyś nie nazywał mnie per "madame", to i tak byś nie przestał?- powiedziała lekko znudzona.
-Oczywiście, że nie przestanę, księżniczko lasu.
-KSIĘŻNICZKO LASU?! Czyś ty powariował?
-Lepiej już idź, Ann. Złość piękności szkodzi.
-Jakby mi jeszcze mogło coś zaszkodzić- mruknęła pod nosem.
-Słyszałem!
-Wypchaj się. Mogę się wreszcie umyć i przebrać?
-To rzecz oczywista, madame - dała mu kuksańca.
Z uśmiechem w oczach oddaliła się od niego, zabierając wszystkie potrzebne rzeczy.
"Tego, to ja się nie spodziewałam. Może go lepiej poznam?"
Hahahahaahhahahhaha! Jestem zła. Przerwałam akurat w takim momencie! Ale miałam z tym postem problem. Wykasowało mi się wszystko co napisałam. Strasznie się wystraszyłam, ale na szczęście zauważyłam, że jest taka opcja jak "cofnij" i "powtórz" . Inaczej to bym pewnie nie wytrzymała i rozwaliła monitor :D Mam nadzieję, że się podoba. Jakby co: pewnie przez prawie całą powieść będzie się rozwijał wątek Annabeth + Jason, więc jeśli ktoś ma coś przeciwko miłości, to jego problem. Oczywiście byłoby za pięknie i nie martwcie się, po udanym dniu (jak to ja), będę okrutna i ześlę na nich plagę gigantycznych i obślizgłych ślimaków ( nie, nie zrobię akurat TEGO. Ale coś tam na pewno będzie :P)
To bai!
środa, 9 stycznia 2013
Prośba
Hejou!
Słuchajcie,
mam prośbę. Jeżeli komuś podoba się ten blog, to niech napisze mi jakikolwiek komentarz. To bardzo motywuje, a poza tym miałabym wtedy wrażenie, że nie piszę tego bloga tylko dla siebie i mojej przyjaciółki. Jest dodana możliwość dodawania komentarzy anonimowo, więc nawet jeśli nie macie konta bloggera to nie powinno stać wam to na przeszkodzie. Wiecie dla was to poświęcenie 2 minut, a dla mnie wielka motywacja i poczucie, że komuś się to wszystko podoba. Więc zapraszam was do komentowania.
Bai!
Nina
Słuchajcie,
mam prośbę. Jeżeli komuś podoba się ten blog, to niech napisze mi jakikolwiek komentarz. To bardzo motywuje, a poza tym miałabym wtedy wrażenie, że nie piszę tego bloga tylko dla siebie i mojej przyjaciółki. Jest dodana możliwość dodawania komentarzy anonimowo, więc nawet jeśli nie macie konta bloggera to nie powinno stać wam to na przeszkodzie. Wiecie dla was to poświęcenie 2 minut, a dla mnie wielka motywacja i poczucie, że komuś się to wszystko podoba. Więc zapraszam was do komentowania.
Bai!
Nina
wtorek, 8 stycznia 2013
Rozdział 3- "Tak.To ten chłopak ze snu!"
No to jedziemy z tym koksem ;)
Prędko poszła do Amona. Wilk siedział w tym samym miejscu i nie odwracając się do niej rzekł:
"Za późno cię ostrzegłem, pani. To moja wina. Kiedy to się działo miałem przeczucie. A teraz ci umknął."
-Amonie. To nie twoja wina. Dobrze, że go już tam nie było.
"Nie uratowałaś ich. Zawiodłem. I ta wskazówka. Wiedziałabyś wszystko, gdyby nie moja głupota."
Wzięła wdech.
-Nawet się z nimi nie pożegnałam.Nie miałam szansy powiedzieć ,że wszystko będzie dobrze. Ale to i tak nie ważne, wiesz? Mam ciebie. I razem pokonamy tego...Alaka-coś....
"Aklymos, pani."
-Tak, właśnie. Czuję, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. A ty pomożesz mi dowiedzieć się co jest grane.- uśmiechnęła się bardziej do siebie.
Zjedli pośpiesznie i powędrowali do wioski. Nie było zbyt tłoczno. Pomiędzy zwyczajnymi ludźmi przejeżdżali strażnicy królestwa na koniach. Nagle zobaczyła go. Miał blond włosy i szare oczy. Był dosyć wysoki i szczupły. Na jego ręce widniał czerwony znak. Nie zrozumiała co może oznaczać. Nie to było dla niej teraz ważne. We śnie tego nie czuła, ale teraz gdy go zobaczyła , serce próbowało jej się wyrwać z piersi. Czuła się tak, jakby nie miała żadnego problemu. Jakby nic nie mogło popsuć jej nastroju. Wnet zdała sobie sprawę, że stoi na środku ulicy i wpatruje się w niego bez ruchu. Amon ciągnął ją za rękaw.
"Pani, czy coś się stało?"
-Tak. To ten chłopak ze snu! - wilk zrobił minę mówiącą "Miałaś sen i nie powiedziałaś?!". Widząc to dziewczyna zwróciła się do niego- Tak, tak. Był w nim ten chłopak i ktoś jeszcze. Eee...On tak jakby uratował mi życie. Znaczy w śnie. Iii...Z resztą nieważne.-zarumieniła się.
"Proroczy sen. Mogłaś powiedzieć. Cokolwiek w nim widziałaś to na pewno to się stanie."
"Ups"- pomyślała.
Rzuciła Amonowi bezradne spojrzenie. Bezgłośne powiedziała:
-Co ja mam teraz zrobić?
Na szczęście wilk rozmawiał z nią przez jej myśli.
"To ty miałaś sen."
-Hej ty! Ta z łukiem!-Annabeth odwróciła się w stronę młodzieńca.- Możesz na chwilę do mnie wejść?
-Eee...T-tak.
-Nie martw się. Ja chcę tylko porozmawiać.
-P-porozmawiać -powtórzyła pod nosem i weszła do jego domu.-Amonie, zostań tu. Jakby coś się działo zaszczekaj.
Chata była bardzo podobno do jej własnego domu. Nawet, tak jak u niej, było tu cicho i nikogo tam nie zastali.
-Moi rodzice musieli wyjechać- powiedział jakby czytał w jej myślach.
- Na długo?-spytała.Nastolatek wbił oczy w podłogę.
- Raczej.Musieli jechać do zamku. Król wezwał ich, bo podobno zaistniał jakiś problem. Tylko tyle wiem. Zostawili mi trochę pieniędzy i wyruszyli przed świtem.
-Och. Przykro mi...
Podniósł wzrok. Popatrzył na nią swoimi ogromnymi, szarymi oczami, w które mogłaby patrzeć całymi dniami. Bała się, że go uraziła, ale ten uśmiechnął się tylko.
-Wiesz, że masz piękne oczy?-wypalił.
Jej policzki zapłonęły rumieńcem. Nie znała nawet jego imienia.
- Aaa.. jak się nazywasz?- odpowiedziała, bo tylko to mogła z siebie wykrztusić.
-Gdzież moje maniery! Przepraszam. Nazywam się Jason. Ty to pewnie Annabeth. Zgadłem?
Dziewczyna zrobiła wielkie oczy. Zamurowało ją to.
-S-skąd to wiesz?!
-Właśnie ja w tej sprawie cię tu zaprosiłem... Wiem, że to dziwne, ale miałem sen i...
-Musimy razem wyruszyć na misję- przerwała mu.
-Taaaaak. A, jeśli można wiedzieć, skąd to wiesz?
- Też miałam sen- opowiedziała mu wszystko oprócz tego "wypadku".
-Och. Ja widziałem co innego. Zaczęło się od tego, że stałem nad przepaścią razem z tobą i...ekhem. Nie ważne.-Wiedziała, że coś ukrywa. Obawiała się tego.- Potem sceneria się zmieniła i lecieliśmy razem z jakąś dziewczyną na gryfie. Obawiam się, że to ma coś wspólnego z...
-Twoim znakiem. Zauważyłam go- Jason pokiwał głową i pokazał jej swoją prawą dłoń.
-Widzisz Annabeth...To pojawiło się jakieś dwa lata temu. Co jakiś czas zdaję mi się, że ten znak...tak jakby płonie. Wtedy słyszę głos, który mówi mi, że jeszcze nie nadszedł mój czas, czy jakoś tak. Ale wczoraj powiedział coś innego. Kazał mi cię znaleźć i wyruszyć do Kaelodoru. Wiem pewnie uważasz mnie za jakiegoś dziwoląga, ale czuję, że coś zagraża Królestwu Ezreal.
-Och nie! Jeśli ktoś tu jest dziwolągiem to na pewno ja. Wiesz wczoraj ustrzeliłam tego całego Srebrnego Wilka. Znasz legendę, nie? No właśnie. To było pierwsze zwierzę, którego natychmiastowo nie zabiłam. Wyleczyłam go, a on złożył jakąś świętą obietnicę, że do końca moich dni będzie musiał się ze mną zawsze włóczyć. I do tego on ze mną rozmawia! Tak przez mój umysł. Do tego miewa dziwne wizje, gada o proroczych snach itp. W dodatku...-głos mi się załamał. Chyba po raz pierwszy w życiu po jej policzku spłynęła łza.
-W porządku?- podszedł do niej i chwycił ją za ramię. Była mu wdzięczna. Stali tak przez chwilkę, dopóki się nie uspokoiła.
-Dź-dzięki.Naprawdę. Bo wiesz... Moi rodzice dzisiaj zostali porwani. Staram się o tym nie myśleć i powtarzam sobie w kółko, że nic im nie jest. Ale porwał ich jakiś zły gość, który miał na imię... Aklymos czy jakoś tak. Moja mama w ostatniej chwili zdążyła coś nabazgrać na kawałku swojej sukienki i kazała mi pamiętać, że "sowa drogę ci wskaże"- teraz rozpłakała się na dobre. Było jej głupio, ale miała nadzieję, że Jasonowi to nie przeszkadza.
-Annabeth... -zaczął.-Wiem to okropne. Jest mi bardzo przykro. Nie wiem czy ci to coś da, ale wiedz, że możesz na mnie liczyć. Uśmiechnij się. Zrób to dla Jasona, gościa którego praktycznie nie znasz i automatycznie stałaś się jego przyjaciółką.-popatrzyła na niego. Miał taki wspaniały, śnieżnobiały uśmiech, który wyglądał tak szczerze, że nie mogła go nie odwzajemnić.
-A co do tej misji...-otarł jej ostatnią łzę z policzka.- musimy ustalić kiedy wyruszamy.
Pokiwała głową.
-W przesilenie letnie. Moje urodziny.
-Ale to przecież za dwa dni!
-Więc się lepiej szykuj, blondynasku.- Jason dziwnie się na nią spojrzał , jakby zastanawiał się, czy nazwanie go blondynaskiem było pieszczotliwe czy obraźliwe.- Spotkamy się wtedy o brzasku w twoim domu i ustalimy szczegóły. A teraz żegnaj bonus amicus*!- wraz z Amonem oddaliła się ku zachodzącemu już słońcu.
*łacina- dobry przyjacielu.
Mam nadzieję, że się spodobało! Z ciekawości sprawdziłam w wordzie i to zajęło jakieś 3 strony! Bai!
Prędko poszła do Amona. Wilk siedział w tym samym miejscu i nie odwracając się do niej rzekł:
"Za późno cię ostrzegłem, pani. To moja wina. Kiedy to się działo miałem przeczucie. A teraz ci umknął."
-Amonie. To nie twoja wina. Dobrze, że go już tam nie było.
"Nie uratowałaś ich. Zawiodłem. I ta wskazówka. Wiedziałabyś wszystko, gdyby nie moja głupota."
Wzięła wdech.
-Nawet się z nimi nie pożegnałam.Nie miałam szansy powiedzieć ,że wszystko będzie dobrze. Ale to i tak nie ważne, wiesz? Mam ciebie. I razem pokonamy tego...Alaka-coś....
"Aklymos, pani."
-Tak, właśnie. Czuję, że moje życie już nigdy nie będzie takie samo. A ty pomożesz mi dowiedzieć się co jest grane.- uśmiechnęła się bardziej do siebie.
Zjedli pośpiesznie i powędrowali do wioski. Nie było zbyt tłoczno. Pomiędzy zwyczajnymi ludźmi przejeżdżali strażnicy królestwa na koniach. Nagle zobaczyła go. Miał blond włosy i szare oczy. Był dosyć wysoki i szczupły. Na jego ręce widniał czerwony znak. Nie zrozumiała co może oznaczać. Nie to było dla niej teraz ważne. We śnie tego nie czuła, ale teraz gdy go zobaczyła , serce próbowało jej się wyrwać z piersi. Czuła się tak, jakby nie miała żadnego problemu. Jakby nic nie mogło popsuć jej nastroju. Wnet zdała sobie sprawę, że stoi na środku ulicy i wpatruje się w niego bez ruchu. Amon ciągnął ją za rękaw.
"Pani, czy coś się stało?"
-Tak. To ten chłopak ze snu! - wilk zrobił minę mówiącą "Miałaś sen i nie powiedziałaś?!". Widząc to dziewczyna zwróciła się do niego- Tak, tak. Był w nim ten chłopak i ktoś jeszcze. Eee...On tak jakby uratował mi życie. Znaczy w śnie. Iii...Z resztą nieważne.-zarumieniła się.
"Proroczy sen. Mogłaś powiedzieć. Cokolwiek w nim widziałaś to na pewno to się stanie."
"Ups"- pomyślała.
Rzuciła Amonowi bezradne spojrzenie. Bezgłośne powiedziała:
-Co ja mam teraz zrobić?
Na szczęście wilk rozmawiał z nią przez jej myśli.
"To ty miałaś sen."
-Hej ty! Ta z łukiem!-Annabeth odwróciła się w stronę młodzieńca.- Możesz na chwilę do mnie wejść?
-Eee...T-tak.
-Nie martw się. Ja chcę tylko porozmawiać.
-P-porozmawiać -powtórzyła pod nosem i weszła do jego domu.-Amonie, zostań tu. Jakby coś się działo zaszczekaj.
Chata była bardzo podobno do jej własnego domu. Nawet, tak jak u niej, było tu cicho i nikogo tam nie zastali.
-Moi rodzice musieli wyjechać- powiedział jakby czytał w jej myślach.
- Na długo?-spytała.Nastolatek wbił oczy w podłogę.
- Raczej.Musieli jechać do zamku. Król wezwał ich, bo podobno zaistniał jakiś problem. Tylko tyle wiem. Zostawili mi trochę pieniędzy i wyruszyli przed świtem.
-Och. Przykro mi...
Podniósł wzrok. Popatrzył na nią swoimi ogromnymi, szarymi oczami, w które mogłaby patrzeć całymi dniami. Bała się, że go uraziła, ale ten uśmiechnął się tylko.
-Wiesz, że masz piękne oczy?-wypalił.
Jej policzki zapłonęły rumieńcem. Nie znała nawet jego imienia.
- Aaa.. jak się nazywasz?- odpowiedziała, bo tylko to mogła z siebie wykrztusić.
-Gdzież moje maniery! Przepraszam. Nazywam się Jason. Ty to pewnie Annabeth. Zgadłem?
Dziewczyna zrobiła wielkie oczy. Zamurowało ją to.
-S-skąd to wiesz?!
-Właśnie ja w tej sprawie cię tu zaprosiłem... Wiem, że to dziwne, ale miałem sen i...
-Musimy razem wyruszyć na misję- przerwała mu.
-Taaaaak. A, jeśli można wiedzieć, skąd to wiesz?
- Też miałam sen- opowiedziała mu wszystko oprócz tego "wypadku".
-Och. Ja widziałem co innego. Zaczęło się od tego, że stałem nad przepaścią razem z tobą i...ekhem. Nie ważne.-Wiedziała, że coś ukrywa. Obawiała się tego.- Potem sceneria się zmieniła i lecieliśmy razem z jakąś dziewczyną na gryfie. Obawiam się, że to ma coś wspólnego z...
-Twoim znakiem. Zauważyłam go- Jason pokiwał głową i pokazał jej swoją prawą dłoń.
-Widzisz Annabeth...To pojawiło się jakieś dwa lata temu. Co jakiś czas zdaję mi się, że ten znak...tak jakby płonie. Wtedy słyszę głos, który mówi mi, że jeszcze nie nadszedł mój czas, czy jakoś tak. Ale wczoraj powiedział coś innego. Kazał mi cię znaleźć i wyruszyć do Kaelodoru. Wiem pewnie uważasz mnie za jakiegoś dziwoląga, ale czuję, że coś zagraża Królestwu Ezreal.
-Och nie! Jeśli ktoś tu jest dziwolągiem to na pewno ja. Wiesz wczoraj ustrzeliłam tego całego Srebrnego Wilka. Znasz legendę, nie? No właśnie. To było pierwsze zwierzę, którego natychmiastowo nie zabiłam. Wyleczyłam go, a on złożył jakąś świętą obietnicę, że do końca moich dni będzie musiał się ze mną zawsze włóczyć. I do tego on ze mną rozmawia! Tak przez mój umysł. Do tego miewa dziwne wizje, gada o proroczych snach itp. W dodatku...-głos mi się załamał. Chyba po raz pierwszy w życiu po jej policzku spłynęła łza.
-W porządku?- podszedł do niej i chwycił ją za ramię. Była mu wdzięczna. Stali tak przez chwilkę, dopóki się nie uspokoiła.
-Dź-dzięki.Naprawdę. Bo wiesz... Moi rodzice dzisiaj zostali porwani. Staram się o tym nie myśleć i powtarzam sobie w kółko, że nic im nie jest. Ale porwał ich jakiś zły gość, który miał na imię... Aklymos czy jakoś tak. Moja mama w ostatniej chwili zdążyła coś nabazgrać na kawałku swojej sukienki i kazała mi pamiętać, że "sowa drogę ci wskaże"- teraz rozpłakała się na dobre. Było jej głupio, ale miała nadzieję, że Jasonowi to nie przeszkadza.
-Annabeth... -zaczął.-Wiem to okropne. Jest mi bardzo przykro. Nie wiem czy ci to coś da, ale wiedz, że możesz na mnie liczyć. Uśmiechnij się. Zrób to dla Jasona, gościa którego praktycznie nie znasz i automatycznie stałaś się jego przyjaciółką.-popatrzyła na niego. Miał taki wspaniały, śnieżnobiały uśmiech, który wyglądał tak szczerze, że nie mogła go nie odwzajemnić.
-A co do tej misji...-otarł jej ostatnią łzę z policzka.- musimy ustalić kiedy wyruszamy.
Pokiwała głową.
-W przesilenie letnie. Moje urodziny.
-Ale to przecież za dwa dni!
-Więc się lepiej szykuj, blondynasku.- Jason dziwnie się na nią spojrzał , jakby zastanawiał się, czy nazwanie go blondynaskiem było pieszczotliwe czy obraźliwe.- Spotkamy się wtedy o brzasku w twoim domu i ustalimy szczegóły. A teraz żegnaj bonus amicus*!- wraz z Amonem oddaliła się ku zachodzącemu już słońcu.
*łacina- dobry przyjacielu.
Mam nadzieję, że się spodobało! Z ciekawości sprawdziłam w wordzie i to zajęło jakieś 3 strony! Bai!
Rozdział 2- Porwanie
Hejou!
To już 2 rozdział przygód Annabeth. Dziękuję mojej przyjaciółce Ami310 za cenne rady na blogu i przez dA. Zapraszam to czytania moich wypocin xD
Zasnęła. Bardzo rzadko miewała sny. Zazwyczaj jedyne co widziała to ciemność. Lecz dzisiaj wyjątkowo przyśniła jej się Dolina Odwagi. Znajdowała się w pobliżu jej wioski. Nigdy tam nie była. Złożyła obietnicę swoim rodzicom, że jeżeli nie będzie zmuszona ,jej stopa tam nie stanie.
W tym śnie nad doliną rozciągały się gęste, czarne chmury. Nic się nie działo. Nagle ciemne obłoki przebiła biała smuga niczym rozpędzona strzała. Nieopodal doliny znajdowała się usłana kwiatami łąka. Tam wylądowała. Teraz dostrzegła, że był to śnieżnobiały gryf. Z jego grzbietu zeskoczyła trójka ludzi. Jedną z nich była Annabeth. Przy jej boku zmaterializował się Amon. Postacie żarliwie o czymś dyskutowały. Nagle sen się zmienił. Stała nad przepaścią obok jakiegoś chłopaka. Niespodziewanie coś ich zaatakowało. Instynktownie chwyciła swój łuk, ale po raz pierwszy chybiła. Potwór rzucił się na nią, ale ktoś złapał ją za rękę i odciągnął w samą porę. W ten sposób wylądowała w objęciach chłopaka z poprzedniego snu. Patrzyli sobie w oczy. Wnet coś wyrwało ją z krainy Morfeusza.
Był już ranek. Słońce promiennie się do niej uśmiechało. Zastanawiała się nad tym co zobaczyła. Nigdy przedtem nie widziała tego nastolatka. Kim był? Nagle zdała sobie sprawę, że koło niej leżało srebrne zwierzę. Patrzyło na nią swoimi brązowymi ślepiami. Przyjaźnie poklepała go po głowie. Wstała. Na jej szafce leżało małe lusterko. Popatrzyła w nie. Nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Jej kasztanowe włosy były niemiłosiernie potargane ,przez co wyglądała jak meduza. Jej przyjaciel zaszczekał wesoło. W jej błękitnych oczach od dawna nie było widać radosnego blasku. Czuła się tak, jakby Amon zwrócił jej całe szczęście z życia. Za chwilę jednak wróciła na ziemię. Znów stała się zimna i poważna. Wilk zszedł z jej posłania i stanął przy jej nodze.
-Wybieramy się dziś do wioski - stała przez chwilę w zamyśleniu. - Chodź mój srebrny towarzyszu. Zjemy coś i natychmiast wyruszymy.
Poszli do kuchni.
"Dziwne. O tej porze mama powinna już szykować posiłek. Może powinnam zerknąć do ich sypialni."
-Poczekaj Amonie. Za sekundę wrócę - zwierzę posłusznie usiadło na podłodze. Widać było, że coś jest nie tak. - Wszystko dobrze?
"Pani - zaczął- Wyczuwam coś niedobrego. Nie puszczę cię tam bez broni. Przyjmij to ode mnie. W końcu swój łuk poświęciłaś by ratować moje życie."
Kiedy skończył mówić, w ręku Annabeth pojawiła się broń. Był to długi, smukły łuk. Wyglądał jakby był zrobiony z oszlifowanego diamentu. Przypominał swoim kształtem skrzydło. Miał nawet wyżłobione pióra. Dziewczyna uniosła go trochę. Ramię łuku mieniło się cudownie gdy tylko zetknęło się ze światłem.
-Jest...Jest cudowny. Amonie dziękuję. Nie wiem co powiedzieć...
"To nie wszystko moja pani. Nie zawsze da się strzelić z łuku. Czasami cel jest za blisko i musisz ciąć go ostrzem. Więc przyjmij jeszcze ten dar."
Przy jej boku znalazła się pochwa. Zawiesiła sobie łuk na ramię. Chwyciła za rękojeść wystającą z pochwy i wyciągnęła miecz ze stali damasceńskiej. Był jedno-metrowym, idealnie wyważonym ostrzem. Trzon rękojeści był ozdobiony pozłacanymi wzorami, a głowica* była w kształcie głowy lwa.
- To jest...To jest...
"Idź pani. Czuję, że musisz się pośpieszyć by cokolwiek zdziałać."
Mimo tego co się przedtem zdarzyło, Annabeth dzielnie pobiegła w stronę sypialni.
Drzwi i okna były otwarte. Na środku pokoju leżał strzępek sukni jej matki, na którym pospiesznie nagryzmolono taką wiadomość:
Annabeth!
Potrzebna nam jest twoja pomoc. Mnie i ojca porwał niejaki Aklymos. Nie jestem pewna gdzie nas zabierze. Pamiętaj: Sowa drogę ci wskaże.
Trzymaj się dzielnie
Twoja mama
*Informacje o budowie i nie tylko miecza tu-------->Miecz
I jak? Miało być dłuższe, ale chciałam, żeby skończyło się tak, by nie wiadomo było co się dalejj stanie :P Mam nadzieję, że się spodobało :) Może jeszcze dziś coś dopiszę. Pa!
To już 2 rozdział przygód Annabeth. Dziękuję mojej przyjaciółce Ami310 za cenne rady na blogu i przez dA. Zapraszam to czytania moich wypocin xD
Zasnęła. Bardzo rzadko miewała sny. Zazwyczaj jedyne co widziała to ciemność. Lecz dzisiaj wyjątkowo przyśniła jej się Dolina Odwagi. Znajdowała się w pobliżu jej wioski. Nigdy tam nie była. Złożyła obietnicę swoim rodzicom, że jeżeli nie będzie zmuszona ,jej stopa tam nie stanie.
W tym śnie nad doliną rozciągały się gęste, czarne chmury. Nic się nie działo. Nagle ciemne obłoki przebiła biała smuga niczym rozpędzona strzała. Nieopodal doliny znajdowała się usłana kwiatami łąka. Tam wylądowała. Teraz dostrzegła, że był to śnieżnobiały gryf. Z jego grzbietu zeskoczyła trójka ludzi. Jedną z nich była Annabeth. Przy jej boku zmaterializował się Amon. Postacie żarliwie o czymś dyskutowały. Nagle sen się zmienił. Stała nad przepaścią obok jakiegoś chłopaka. Niespodziewanie coś ich zaatakowało. Instynktownie chwyciła swój łuk, ale po raz pierwszy chybiła. Potwór rzucił się na nią, ale ktoś złapał ją za rękę i odciągnął w samą porę. W ten sposób wylądowała w objęciach chłopaka z poprzedniego snu. Patrzyli sobie w oczy. Wnet coś wyrwało ją z krainy Morfeusza.
Był już ranek. Słońce promiennie się do niej uśmiechało. Zastanawiała się nad tym co zobaczyła. Nigdy przedtem nie widziała tego nastolatka. Kim był? Nagle zdała sobie sprawę, że koło niej leżało srebrne zwierzę. Patrzyło na nią swoimi brązowymi ślepiami. Przyjaźnie poklepała go po głowie. Wstała. Na jej szafce leżało małe lusterko. Popatrzyła w nie. Nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Jej kasztanowe włosy były niemiłosiernie potargane ,przez co wyglądała jak meduza. Jej przyjaciel zaszczekał wesoło. W jej błękitnych oczach od dawna nie było widać radosnego blasku. Czuła się tak, jakby Amon zwrócił jej całe szczęście z życia. Za chwilę jednak wróciła na ziemię. Znów stała się zimna i poważna. Wilk zszedł z jej posłania i stanął przy jej nodze.
-Wybieramy się dziś do wioski - stała przez chwilę w zamyśleniu. - Chodź mój srebrny towarzyszu. Zjemy coś i natychmiast wyruszymy.
Poszli do kuchni.
"Dziwne. O tej porze mama powinna już szykować posiłek. Może powinnam zerknąć do ich sypialni."
-Poczekaj Amonie. Za sekundę wrócę - zwierzę posłusznie usiadło na podłodze. Widać było, że coś jest nie tak. - Wszystko dobrze?
"Pani - zaczął- Wyczuwam coś niedobrego. Nie puszczę cię tam bez broni. Przyjmij to ode mnie. W końcu swój łuk poświęciłaś by ratować moje życie."
Kiedy skończył mówić, w ręku Annabeth pojawiła się broń. Był to długi, smukły łuk. Wyglądał jakby był zrobiony z oszlifowanego diamentu. Przypominał swoim kształtem skrzydło. Miał nawet wyżłobione pióra. Dziewczyna uniosła go trochę. Ramię łuku mieniło się cudownie gdy tylko zetknęło się ze światłem.
-Jest...Jest cudowny. Amonie dziękuję. Nie wiem co powiedzieć...
"To nie wszystko moja pani. Nie zawsze da się strzelić z łuku. Czasami cel jest za blisko i musisz ciąć go ostrzem. Więc przyjmij jeszcze ten dar."
Przy jej boku znalazła się pochwa. Zawiesiła sobie łuk na ramię. Chwyciła za rękojeść wystającą z pochwy i wyciągnęła miecz ze stali damasceńskiej. Był jedno-metrowym, idealnie wyważonym ostrzem. Trzon rękojeści był ozdobiony pozłacanymi wzorami, a głowica* była w kształcie głowy lwa.
- To jest...To jest...
"Idź pani. Czuję, że musisz się pośpieszyć by cokolwiek zdziałać."
Mimo tego co się przedtem zdarzyło, Annabeth dzielnie pobiegła w stronę sypialni.
Drzwi i okna były otwarte. Na środku pokoju leżał strzępek sukni jej matki, na którym pospiesznie nagryzmolono taką wiadomość:
Annabeth!
Potrzebna nam jest twoja pomoc. Mnie i ojca porwał niejaki Aklymos. Nie jestem pewna gdzie nas zabierze. Pamiętaj: Sowa drogę ci wskaże.
Trzymaj się dzielnie
Twoja mama
*Informacje o budowie i nie tylko miecza tu-------->Miecz
I jak? Miało być dłuższe, ale chciałam, żeby skończyło się tak, by nie wiadomo było co się dalejj stanie :P Mam nadzieję, że się spodobało :) Może jeszcze dziś coś dopiszę. Pa!
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Rozdział 1 - Amon
Hejou!
Mam leżeć przez tydzień w łóżku ,popijając herbatę z cytryną ,więc można liczyć na dosyć długie, często ukazujące się rozdziały. Ale niestety mój własny komputer jest zepsuty i na razie muszę korzystać z kompa mojej mamy ,co oznacza ,że po tym tygodniu może być cienko z nowymi rozdziałami. Jak tylko z moim kompem będzie ok ,postaram się coś pisać co weekend albo ,jeżeli będę miała wenę, nawet w środku tygodnia. No, to chyba na tyle. Zapraszam do czytania!
Noc była cicha, a jej długą, ciemną suknię ozdabiały gwiazdy, niczym złote cekiny. Byłaby to wspaniała chwila na spacer w lesie, ale nie dla Annabeth. Nie rozumiała ,czemu ludzie tak uwielbiają się przytulać, przechadzać itd.
"Bzdety -myślała.- Cóż daje większą radość niż polowanie?"
Napięła cięciwę i z odległości 20 metrów dobiegł ją odgłos trafionej zwierzyny. Zwinnie wdrapała się na drzewo i przeskakując z jednego na drugie, wypatrywała swojej zdobyczy. Wreszcie zatrzymała się i z wdziękiem opadła na trawę.
-Niemożliwe - powiedziała dziewczyna podchodząc bliżej.- Ta legenda... Srebrny wilk...
Pod jej stopami leżało obezwładnione ciało zwierzęcia. Wiedziała jednak ,że żyje. Z jego boku leciała złota krew. Ichor. Nie wierzyła w mity greckie ani czyjekolwiek, ale teraz zdawało jej się ,że nie wszystkie te bajeczki muszą być wytworem czyjejś wyobraźni.
"Ale TA legenda...Nie mogę pozwolić by umarł."
Biegnąc wśród ciemnych pni dębów niosła na ramionach to niezwykłe stworzenie. Nie dawała się zatrzymać potokom czy korzeniom. Gnała dzielnie nie patrząc za siebie. I wtedy przypomniała sobie.
-Mój ukochany łuk i strzały! Zostawiłam je tam - przez chwilę stała jak wryta. -Nie. Nie mogę. Muszę go tam zanieść.
Kiedy zielone czupryny drzew odsłoniły jej widok na królestwo położone na trzech wzgórzach, zdumiała się. Zaczęło świtać ,a mogłaby przysiąc ,że jakieś 10 minut temu wszędzie było ciemno. Spojrzała na ułożony na jej ramionach futrzany, srebrny tułów. Zdawało jej się, że drży z zimna i okryła go płaszczem.
-To już niedaleko -powiedziała Annabeth , wskazując na nie za dużą , drewnianą chatę. Wilk jęknął cicho.
Przekraczając próg ,miała nadzieję ,że jej rodzice śpią. Stąpała cicho i delikatnie, niczym śnieg spadający w zimowy poranek. Położyła srebrną zwierzynę na swoim posłaniu. Obejrzała ostrożnie bok rannego.
- Gdybyś nie był sobą, nie przeżyłbyś mojego strzału. Jeszcze nigdy żadne zwierzę nie przeżyło...
Wyjęła z szuflady spory kawałek jakiejś rośliny.
-Lycopodium clavatum. Wystarczy ,że to zetrę i przyłożę do rany ,a będziesz zdrowy.
Posypała proszkiem uzyskanym z rośliny bok wilka. Owy proszek wsiąkł w jego ciało i rana zakrzepła. Na jej miejscu natychmiast wyrosło nowe, jeszcze bardziej lśniące futro.
- To wspaniałe! Panie...? - zwróciła się do wilka.
"Dziewczę. Mimo iż prawie mnie zgładziłaś ,to jednak pokazało się w tobie dobre serce. Nie poszłaś sprzedać mojego futra ani mięsa ,by zarobić. Jestem ci niezmiernie wdzięczny. Proszę nie mów do mnie panie. Nie jestem godzien byś ty tak mnie zwała. W ramach podzięki chcę ofiarować ci moją wieczną pomoc. Gdyby nie ty cała roślinność zmarłaby. Od tej chwili , o pani , ja Amon , znany jako legendarny Srebrny Wilk, pragnę ci służyć i do końca twych dni stać u twojego boku."
Annabeth była skołowana. Usiadła na brzegu łóżka. Jej błękitno-szare oczy skierowane były prosto w Amona. Ten głos wydobywał się z jej głowy. Wahała się przez chwilę. Musiała pomyśleć. Tylko dzięki jej mądrości była w stanie się uspokoić.
- Uważam ,że jesteś Amonie zbyt dla mnie łaskawy. Panie nie mogę. Sama ledwo na świecie mam miejsce.
"Pani, cokolwiek postanowisz w życiu mnie już odepchnąć nie możesz. Złożyłem świętą obietnicę. Jestem pewien ,że i tak swojego miejsca na świecie nie potrzebowałaś. Codziennie włóczysz się po lesie i okolicy. Czy odezwałaś się kiedykolwiek do kogoś innego prócz twojej rodziny? Czy nie poznałaś nigdy co to przyjaźń? Ja mogę ci w tym pomóc. Proszę. Będziesz mogła mówić mi o wszystkim. Będę twoim przyjacielem."
- Dobrze. Lecz robię to tylko ,by ci jakoś pomóc. Takie jest twoje żądanie, więc się spełni.
Wilk położył jej łeb na kolanach. Bezwiednie zaczęła go głaskać.
I jak? Podoba się? Miał być dłuższy, ale jestem dziś już trochę zmęczona. Jutro popiszę. Jakby co : opowieść pisana jest w taki sposób ,że tak powiem poetycki , starodawny ,żeby można było wczuć się w klimat. Piszcie w komentarzach jak się podoba ^^
Mam leżeć przez tydzień w łóżku ,popijając herbatę z cytryną ,więc można liczyć na dosyć długie, często ukazujące się rozdziały. Ale niestety mój własny komputer jest zepsuty i na razie muszę korzystać z kompa mojej mamy ,co oznacza ,że po tym tygodniu może być cienko z nowymi rozdziałami. Jak tylko z moim kompem będzie ok ,postaram się coś pisać co weekend albo ,jeżeli będę miała wenę, nawet w środku tygodnia. No, to chyba na tyle. Zapraszam do czytania!
Noc była cicha, a jej długą, ciemną suknię ozdabiały gwiazdy, niczym złote cekiny. Byłaby to wspaniała chwila na spacer w lesie, ale nie dla Annabeth. Nie rozumiała ,czemu ludzie tak uwielbiają się przytulać, przechadzać itd.
"Bzdety -myślała.- Cóż daje większą radość niż polowanie?"
Napięła cięciwę i z odległości 20 metrów dobiegł ją odgłos trafionej zwierzyny. Zwinnie wdrapała się na drzewo i przeskakując z jednego na drugie, wypatrywała swojej zdobyczy. Wreszcie zatrzymała się i z wdziękiem opadła na trawę.
-Niemożliwe - powiedziała dziewczyna podchodząc bliżej.- Ta legenda... Srebrny wilk...
Pod jej stopami leżało obezwładnione ciało zwierzęcia. Wiedziała jednak ,że żyje. Z jego boku leciała złota krew. Ichor. Nie wierzyła w mity greckie ani czyjekolwiek, ale teraz zdawało jej się ,że nie wszystkie te bajeczki muszą być wytworem czyjejś wyobraźni.
"Ale TA legenda...Nie mogę pozwolić by umarł."
Biegnąc wśród ciemnych pni dębów niosła na ramionach to niezwykłe stworzenie. Nie dawała się zatrzymać potokom czy korzeniom. Gnała dzielnie nie patrząc za siebie. I wtedy przypomniała sobie.
-Mój ukochany łuk i strzały! Zostawiłam je tam - przez chwilę stała jak wryta. -Nie. Nie mogę. Muszę go tam zanieść.
Kiedy zielone czupryny drzew odsłoniły jej widok na królestwo położone na trzech wzgórzach, zdumiała się. Zaczęło świtać ,a mogłaby przysiąc ,że jakieś 10 minut temu wszędzie było ciemno. Spojrzała na ułożony na jej ramionach futrzany, srebrny tułów. Zdawało jej się, że drży z zimna i okryła go płaszczem.
-To już niedaleko -powiedziała Annabeth , wskazując na nie za dużą , drewnianą chatę. Wilk jęknął cicho.
Przekraczając próg ,miała nadzieję ,że jej rodzice śpią. Stąpała cicho i delikatnie, niczym śnieg spadający w zimowy poranek. Położyła srebrną zwierzynę na swoim posłaniu. Obejrzała ostrożnie bok rannego.
- Gdybyś nie był sobą, nie przeżyłbyś mojego strzału. Jeszcze nigdy żadne zwierzę nie przeżyło...
Wyjęła z szuflady spory kawałek jakiejś rośliny.
-Lycopodium clavatum. Wystarczy ,że to zetrę i przyłożę do rany ,a będziesz zdrowy.
Posypała proszkiem uzyskanym z rośliny bok wilka. Owy proszek wsiąkł w jego ciało i rana zakrzepła. Na jej miejscu natychmiast wyrosło nowe, jeszcze bardziej lśniące futro.
- To wspaniałe! Panie...? - zwróciła się do wilka.
"Dziewczę. Mimo iż prawie mnie zgładziłaś ,to jednak pokazało się w tobie dobre serce. Nie poszłaś sprzedać mojego futra ani mięsa ,by zarobić. Jestem ci niezmiernie wdzięczny. Proszę nie mów do mnie panie. Nie jestem godzien byś ty tak mnie zwała. W ramach podzięki chcę ofiarować ci moją wieczną pomoc. Gdyby nie ty cała roślinność zmarłaby. Od tej chwili , o pani , ja Amon , znany jako legendarny Srebrny Wilk, pragnę ci służyć i do końca twych dni stać u twojego boku."
Annabeth była skołowana. Usiadła na brzegu łóżka. Jej błękitno-szare oczy skierowane były prosto w Amona. Ten głos wydobywał się z jej głowy. Wahała się przez chwilę. Musiała pomyśleć. Tylko dzięki jej mądrości była w stanie się uspokoić.
- Uważam ,że jesteś Amonie zbyt dla mnie łaskawy. Panie nie mogę. Sama ledwo na świecie mam miejsce.
"Pani, cokolwiek postanowisz w życiu mnie już odepchnąć nie możesz. Złożyłem świętą obietnicę. Jestem pewien ,że i tak swojego miejsca na świecie nie potrzebowałaś. Codziennie włóczysz się po lesie i okolicy. Czy odezwałaś się kiedykolwiek do kogoś innego prócz twojej rodziny? Czy nie poznałaś nigdy co to przyjaźń? Ja mogę ci w tym pomóc. Proszę. Będziesz mogła mówić mi o wszystkim. Będę twoim przyjacielem."
- Dobrze. Lecz robię to tylko ,by ci jakoś pomóc. Takie jest twoje żądanie, więc się spełni.
Wilk położył jej łeb na kolanach. Bezwiednie zaczęła go głaskać.
I jak? Podoba się? Miał być dłuższy, ale jestem dziś już trochę zmęczona. Jutro popiszę. Jakby co : opowieść pisana jest w taki sposób ,że tak powiem poetycki , starodawny ,żeby można było wczuć się w klimat. Piszcie w komentarzach jak się podoba ^^
Hej! To ja :)
Hejou!
Nazywam się Nina. Jestem blondynką z niebieskimi oczami. Moją pasją jest rysowanie, śpiew i czytanie. Bardzo lubię serie książek pt. "Harry Potter", "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy" oraz "Olimpijscy herosi". Nie mam swojej ulubionej piosenki, zespołu ,stylu muzyki. Słucham to co mi się podoba i kropka. Grałam już chyba w tysiące gier mmorpg. To całkiem ciekawe ,bo po mnie raczej trudno byłoby się tego spodziewać (jestem raczej opanowaną ,spokojną ,przeważnie trzymającą się zasad cichą uczennicą xD Oczywiście czasami mi odbija :P) Mam zadziwiający talent - nie muszę się praktycznie uczyć. Nie wiem od czego to zależy ,ale wystarczy ,że jako jedyna od czasu do czasu (xD) słucham na lekcji i wszystko po prostu zostaje w moim umyśle ...I dostaję przez to prawie same piątki praktycznie wcale się nie ucząc. Nie mam zbytnio kłopotów. Z resztą tak wgl to w szkole , w której się uczę moja mama jest wicedyrektorką. Och, zapomniałam! Piszę wiersze. DUŻO wierszy. Ktoś ma urodziny -wiersz , ktoś ma imieniny- wiersz, mam jakieś fajne przeżycie itp. -wiersz ,ktoś tam ma coś tam - wiersz :P Taki mój urok. Nie jestem :
• osobą normalną xD (gdybyś kiedyś kejt widziała tego bloga to dobrze wiesz ,że chodzi o AP ),
• osobą zanadto zafascynowaną swoim wyglądem (spoko. lubię wyglądać ok ,ale jak się nad tym zastanawiam to niezbyt mnie obchodzi moda. Dlaczego? Bo uważam ,że każdy powinien mieć swój własny ,wymarzony styl. A ci ,którzy wymyślają ,że coś tam ma być modne narzucają nam go.),
• zdolna w wycinaniu. Tak jest. Niektórzy ludzie widzą we mnie osobę ,która umie wszystko. O nie. Mogę nauczyć się chyba wszystkiego ,ale to jest dla mnie jakąś masakrą. Co prawda umiem coś wyciąć ,ale równe to nie będzie,
• osobą wysoką,
• za bardzo pewna siebie. Nie jestem jakoś strasznie nieśmiała , tylko trochę. Nie byłabym chyba w stanie powiedzieć (jak niektórzy) do chłopaka : "Cześć. Jak mija ci dzień? Tak mimochodem powiem ci ,że jestem w tobie zakochana. Co ty na to?",
• osobą zbytnio cierpliwą,
• osobą szczycącą się pochwałami ,ale krytyki nie lubię. Przyjmuję ją. Ale na pewno nie chcę czytać/wysłuchiwać krytyki za ostrej i czasami bezpodstawnej.
Myślę ,że już naprawdę dużo powiedziałam. Ale nawet nie powiedziałam co będę robić na tym blogu. Otóż , będę pisać powieść pt. Kroniki Ezreal. Nie jestem w stanie przybliżyć wam o co będzie chodziło ,ale na 100% będzie to opowieść fantasy.
No więc cóż.....
Miłego dzionka moje słonka xD (co ja wymyślam)
~Nina.
Nazywam się Nina. Jestem blondynką z niebieskimi oczami. Moją pasją jest rysowanie, śpiew i czytanie. Bardzo lubię serie książek pt. "Harry Potter", "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy" oraz "Olimpijscy herosi". Nie mam swojej ulubionej piosenki, zespołu ,stylu muzyki. Słucham to co mi się podoba i kropka. Grałam już chyba w tysiące gier mmorpg. To całkiem ciekawe ,bo po mnie raczej trudno byłoby się tego spodziewać (jestem raczej opanowaną ,spokojną ,przeważnie trzymającą się zasad cichą uczennicą xD Oczywiście czasami mi odbija :P) Mam zadziwiający talent - nie muszę się praktycznie uczyć. Nie wiem od czego to zależy ,ale wystarczy ,że jako jedyna od czasu do czasu (xD) słucham na lekcji i wszystko po prostu zostaje w moim umyśle ...I dostaję przez to prawie same piątki praktycznie wcale się nie ucząc. Nie mam zbytnio kłopotów. Z resztą tak wgl to w szkole , w której się uczę moja mama jest wicedyrektorką. Och, zapomniałam! Piszę wiersze. DUŻO wierszy. Ktoś ma urodziny -wiersz , ktoś ma imieniny- wiersz, mam jakieś fajne przeżycie itp. -wiersz ,ktoś tam ma coś tam - wiersz :P Taki mój urok. Nie jestem :
• osobą normalną xD (gdybyś kiedyś kejt widziała tego bloga to dobrze wiesz ,że chodzi o AP ),
• osobą zanadto zafascynowaną swoim wyglądem (spoko. lubię wyglądać ok ,ale jak się nad tym zastanawiam to niezbyt mnie obchodzi moda. Dlaczego? Bo uważam ,że każdy powinien mieć swój własny ,wymarzony styl. A ci ,którzy wymyślają ,że coś tam ma być modne narzucają nam go.),
• zdolna w wycinaniu. Tak jest. Niektórzy ludzie widzą we mnie osobę ,która umie wszystko. O nie. Mogę nauczyć się chyba wszystkiego ,ale to jest dla mnie jakąś masakrą. Co prawda umiem coś wyciąć ,ale równe to nie będzie,
• osobą wysoką,
• za bardzo pewna siebie. Nie jestem jakoś strasznie nieśmiała , tylko trochę. Nie byłabym chyba w stanie powiedzieć (jak niektórzy) do chłopaka : "Cześć. Jak mija ci dzień? Tak mimochodem powiem ci ,że jestem w tobie zakochana. Co ty na to?",
• osobą zbytnio cierpliwą,
• osobą szczycącą się pochwałami ,ale krytyki nie lubię. Przyjmuję ją. Ale na pewno nie chcę czytać/wysłuchiwać krytyki za ostrej i czasami bezpodstawnej.
Myślę ,że już naprawdę dużo powiedziałam. Ale nawet nie powiedziałam co będę robić na tym blogu. Otóż , będę pisać powieść pt. Kroniki Ezreal. Nie jestem w stanie przybliżyć wam o co będzie chodziło ,ale na 100% będzie to opowieść fantasy.
No więc cóż.....
Miłego dzionka moje słonka xD (co ja wymyślam)
~Nina.
Subskrybuj:
Posty (Atom)